Ludzie, którzy chcieli uciec od dominacji Google i Apple’a w świecie oprogramowania do telefonów komórkowych, od jakiegoś czasu nie mieli łatwego życia. Już od kilku lat scena niestandardowych ROMów na Androida praktycznie zamarła, do czego walnie przyczyniła się sama firma Google, czyniąc swój system coraz bardziej zamkniętym i piętrząc trudności przed twórcami niezależnego oprogramowania. O Apple tak naprawdę wspominam tu tylko dla porządku, bo iOS otwarty ani modyfikowalny nigdy nie był, nie jest i prawdopodobnie nie będzie.
W 2026 roku alternatywy dla Androida mieliśmy zasadniczo trzy:
- LineageOS - najdłużej na rynku, najszerzej wspierany, ale budził zastrzeżenia co do stopnia prywatności i (ciągle) współdzielenia części danych uzytkowników z Google
- /e/OS - wywodzący się z powyższego, nadal wspierający sporą bazę urządzeń i chwalący się odcięciem od usług Google, lecz puryści wytykali mu nadal niedostateczne bezpieczeństwo i prywatność
- GrapheneOS - jak na razie tylko na smartfony Google Pixel (choć ogłoszono współpracę z Motorolą), ekstremalnie prywatny i całkowicie niezależny od Google
Między społecznościami wspierającymi dwa ostatnie rozpętała sie niedawno zaciekła i - prawdę mówiąc - niesmaczna walka, sprowadzająca się do tego, “kto jest bardziej prawdziwy”. Nie zamierzam zagłębiać się w ten temat, bo przyszedłem tu omówic nowego gościa w tym towarzystwie - SailfishOS. Chociaż prawdę mówiąc, pojęcie “nowy” nie jest tutaj na miejscu - SailfishOS rozwijany jest od 2013 roku. Jego twórcami są byli pracownicy koncernu Nokia, którzy zajmowali się wcześniej rozwojem m.in. zarzuconego ostatecznie systemu MeeGo. Z technicznego punktu widzenia, SailfishOS jest praktycznie czystym Linuxem, dostosowanym do specyfikacji telefonów komórkowych. Nie jest to nic nowego; mamy przecież od kilku lat inicjatywy takie jak chociażby Ubuntu Touch, ale nie udało się im zdobyć większej popularności.
SailfishOS mierzy wysoko. Od niedawna jego twórcy - firma Jolla - robią sporo, żeby sie przebić do masowej świadomości, reklamując się jako “trzecia droga” między Androidem a iOS, oraz “europejska alternatywa dla bigtechów”. Oczywiście, wszystko z poszanowaniem wolnego oprogramowania oraz prywatności użytkownika. Co więcej, nieco ponad miesiąc temu światło dzienne ujrzał specjalny, dedykowany dla tego systemu telefon - Jolla Phone C2. Dla ścisłości należy nadmienić, że jest to już drugie podejście Jolli do stworzenia własnego urządzenia. Obydwa były finansowane metodą przedpłat i obydwa kosztowały dość słono (Jolla Phone C2 razem z wysyłką uszczupli naszą kieszeń o ok. 700 euro). Ocenę, czy to dużo czy mało, pozostawiam Wam, bo ja wszedłem w świat Sailfisha nie przez wspomnianą C2-kę, ale odmienną drogą.
Jolla zawarła bowiem umowę z Sony, na mocy której SailfishOS można oficjalnie zainstalować na sporej liczbie smarfonów z linii Xperia. I to była opcja, którą wybrałem ja. W przedziale 300-400 zł można znaleźć np. Xperie z serii 10, które wspierane są bardzo dobrze. Co do kosztów samego systemu, to jego podstawową wersję można ściągnąć i zainstalować za darmo - nie będzie ona jednak miała wsparcia dla aplikacji Androida. Aby móc się nim cieszyć, należy nabyć licencję za min. 25 euro. Opłata jest jednorazowa i daje nam pełne wsparcie od Jolli, a w telefonie pojawia się opcja doinstalowania Android AppSupport; nie trzeba reinstalować systemu ani czyścić danych.
Istnieją również obrazy systemu tworzone przez społeczność na inne telefony, i tu już mamy spore różnice w jakości i zaawansowaniu projektów. Więcej informacji o wsparciu społeczności można znaleźć tu: https://forum.sailfishos.org/t/community-hardware-adaptations/14081 . Sama lista wspieranych telefonów Sony jest zaś tu: https://docs.sailfishos.org/Support/Supported_Devices/ .
LineageOS używam od sierpnia tego roku. Zaczynałem ostrożnie, nie rzucając się na głęboką wodę - przechodziłem stopniowo, sprawdzając, czy poszczególne aplikacje działają, i odkrywając coraz więcej funkcjonalności. Na dziś mój stosunej używania Sailfisha do Androida przedstawia się mniej wiecej w stosunku 90 do 10. Tym sposobem dochodzimy do zdania, które normalnie powinno paść w podsumowaniu - nie, ten system nie zastąpi Wam innego całkowicie, chyba że pogodzicie się z pewnymi istotnymi kompromisami. Na Sailfishu nie zadziała większość aplikacji bankowych, a te, którym się uda, nie będą miały dostępu do płatności NFC. Zapomnijcie o połączeniu smartwatcha z telefonem - system przekazywania powiadomień z piaskownicy Androida do urządzeń zewnętrznych nadal jest niedopracowany, a Bluetooth działa bardzo chimerycznie, jeśli chcemy używać czegoś innego niż słuchawki. I lepiej mieć ogólne obycie z Linuxem, tak na poziomie rozumienia poleceń, które się wpisuje w terminalu, żeby coś naprawić albo zmusić do działania.
Ostatni punkt ma dwa oblicza, bo jeśli już macie te podstawy wiedzy linuxowej, to okazuje się, że z systemem można zrobić praktycznie wszystko. Tak zwany tryb dewelopera, niezbędny w Androidzie do wejścia w głębiej ukryte funkcje systemu, w Sailfishu ma po prostu postać połączenia SSH. Dostajemy terminal, możemy doinstalowywać pakiety (zwykłe rpm-y), edytować pliki konfiguracyjne, nawet samemu kompilować programy ze źródeł. Ale jak coś spieprzymy, to cierpimy wszystkie konsekwencje. Dodam jednak, że ten tryb nie jest absolutnie konieczny do korzystania z telefonu na co dzień - wszystko da się spokojnie zrobić za pomocą normalnych ustawień w menu.
No właśnie, menu… Jak się Sailfisha używa i jakie sprawia wrażenie? Kiedy po raz pierwszy odpaliłem telefon i zobaczyłem pusty ekran startowy z tapetą, na którym nie było literalnie nic, myślałem, że spieprzyłem instalację. Nic bardziej błędnego - na domyślnych ustawieniach wszystko ma wyglądać właśnie tak. Nordycki minimalizm i takie tam - osobiście mam alergię na słowo “minimalistyczny” w odniesieniu do oprogramowania, bo z reguły oznacza ono zawoalowane “obsysam w projektowaniu UI, więc udam że tak miało być”. Sailfish na szczęście nie zalicza się do tej kategorii, ale pierwsze wrażenie jest bardzo dezorientujące.
Podobnie rzecz się ma z nawigacją. System jest obsługiwany całkowicie za pomocą gestów i zajmuje trochę czasu, żeby do tego przywyknąć, bo zmienić się nie da. Nie jest to jednak ani styl Androida z gestami, ani iOS - faktycznie Jolla stworzyła coś własnego. Smyramy palcem po ekranie z góry, dołu, na prawo i lewo, a są jeszcze warianty tych gestów, bo czym innym jest posmyranie od lewej bądź prawej krawędzi (zminimalizowanie aplikacji), a czym innym “blisko krawędzi, ale nieco bliżej środka” (np. przesunięcie strony w aplikacji). Przesunięcie od górnej krawędzi na dół pośrodku ekranu otwiera szybkie menu, jak w Androidzie… ale jak zrobimy to samo w rogu ekranu, zamkniemy aplikację. Przyznam, że doprowadzało mnie to do szewskiej pasji, bo te gesty nie są w żaden sposób edytowalne, a samouczek tak na stronie, jak i w telefonie porusza tę kwestię bardzo oględnie i niestety w paru miejscach po prostu kłamie. Nawet teraz, po prawie 3 miesiącach, zdarza mi się coś zamknąć zamiast zminimalizować, i jestem wtedy daleki od nordyckiego minimalizmu i opanowania…
Kolejna różnica to sposób wykorzystania ekranu głównego. Nie można na nim umieścić skrótów ani ikon aplikacji, a pojęcie widżetu w SFOS nie istnieje. Nasz ekran główny jest tylko jeden i służy przede wszystkim do przechowywania zminimalizowanych aplikacji. Część z nich może mieć w tym trybie dodatkowe funkcje na podobieństwo widżetu - np. zegar wskazuje aktualny czas, a mapa pokazuje aktualizowaną na bieżąco miniaturkę. Jest to jednak indywidualna decyzja dewelopera i nie wszystko będzie działało w ten sposób. Za to aby dostać się do szuflady aplikacji, przeciągamy palcem od dolnej krawędzi ku górze, i tu na szczęście nie ma żadnych podchwytliwości.
Wszystko razem składa się na dość oryginalny sposób sterowania, który z początku irytuje, potem drażni, a na końcu… być może można go polubić? NIe ukrywam, do ostatniego etapu jeszcze nie dotarłem, ale to wyłącznie ze względu na personalne preferencje i ograniczenia, które sprawiają, że ciężko korzysta mi się z ekranów dotykowych w ogóle, a wykonywanie na nich dokładnie wymierzonych gestów wymaga o de mnie większego wysiłku, niż w przypadku innych. Dlatego w imię wyższych racji (uniezależnienie od duopolu, wspieranie europejskich firm, dbałość o prywatność moich danych itp.) przyjąłem to jako mniejsze zło. Nie zrozumcie mnie źle - Sailfish absolutnie nie jest nieużywalnym klocem i nie wymaga chirurgicznej precyzji. Zwracam raczej uwagę na to, że osoba nieprzyzwyczajona może mieć trudności z opanowaniem sposobu nawigacji, bo jest on bardzo nietypowy, arbitralny i niemożliwy do zmiany, a ja nie lubię, jak mi się narzuca rzeczy. Ale z drugiej strony, być może to jest koszt tej trzeciej drogi? Chcemy mieć coś innego niż Android czy iOS, to zaakceptujmy, że jest inne - i już.
Następną kwestią jest dostępność oprogramowania. Mamy tutaj dwie główne drogi - aplikacje Androida instalujemy przez F-Droida, Aurora Store czy inny wybrany przez nas sklep. Uczciwie przyznam, że nie podejmowałem się zainstalowania oficjalnego Google Play, bo to kłóciło się z moimi założeniami, a ponadto, o ile wiem, wymagałoby to dodatkowych zabiegów. W celu zwiększenia kompatybilności możemy doinstalować microG, i jak do tej pory nie spotkałem się z żadnymi problemami ze strony zakopanego w piasku Androida (celowo nie używam tu pojęcia “emulacja”, bo mamy do dyspozycji pełnoprawnego, acz znacznie odchudzonego Androida w wersji od 11 do 13, osadzonego we własnym środowisku sandboxu - lub według nazewnictwa producenta, SailJail). Aplikacje zasadniczo działają bezproblemowo, a spowolnienie spowodowane koniecznością przejścia przez dodatkową warstwę oprogramowania jest prawie niezauważalne. O ile Xperia 10 III, której używam, skończy niedługo 8 lat, a jej specyfikacja techniczna jest na dzisiejsze warunki co najwyżej przeciętna, to dalej broni się nieźle pod względem wydajności na obydwu systemach. 4 GB RAM mogłyby budzić uśmiech politowania u niektórych, ale pamiętajmy, że kluczowy system jest Linuxem, mniej zasobożernym i nieobciążonym tonami śmiecia, które ciągnie za sobą praktycznie każdy Android instalowany współcześnie w fabryce. Przy codziennym użytkowaniu, przeglądaniu internetu, korzystaniu z Fedi i Discorda oraz słuchaniu muzyki oraz obróbce zdjęć rzadko dochodziłem do zajętości pamięci powyżej 60%.
Druga droga to oprogramowanie samego Sailfisha - i zaraz na początku ta droga się rozdziela, bo mamy do wyboru nie jeden, a cztery sklepy z aplikacjami. Domyślny, czyli Jolla Store, oferuje całkiem rozsądny wybór podstawowych aplikacji, chociaż mocno nacechowany preferencjami programistów - dlatego mozemy tam znaleźć np. kilkanaście wersji klientów Telegrama i aplikacji do podcastów, a edytora zdjęć do dziś ze świecą szukać (i muszę korzystać ze Snapseeda). Na szczęście możemy z tego samego miejsca zainstalować dwa kolejne, czyli Storeman i Chum GUI. Są to po prostu graficzne klienty dwóch repozytoriów, OpenRepos.net i Chum. Pierwsze oferuje znacznie większą liczbę aplikacji, drugie jest w moim odczuciu bardziej eksperymentalne i zawiera więcej projektów dla starszych wersji systemu - lub zwyczajnie porzuconych. Ja przekopałem się przez wszystkie i nie mogę jednoznacznie wskazać, które polecam bardziej niż inne. Trzeba po prostu dać sobie kilka wieczorów na przejrzenie ich zawartości i zdecydowanie, co może nam się przydać. Jedna sugestia - zwracajcie uwagę na daty aktualizacji. Jeśli coś jest niezmienione od 2015 roku, to mamy duże szanse na to, że pakiet sie po prostu nie zainstaluje, bo będzie niekompatybilny.
Jako trzecie powinienem wymienić repozytorium nixOS, ale korzystanie z niego wymaga ciężkiej ingerencji w strukturę systemu i właściwie wywrócenie Sailfisha na lewą stronę, więc zostawiam tylko sygnał dla pasjonatów. Zamiast tego skupię się na Patchmanagerze, czyli czymś, co de facto sklepem nie jest, ale z biegiem czasu najprawdopodobniej stanie się niezbędną częścią Waszego systemu. Jest to program do instalacji i zarządzania najrozmaitszymi łatkami na Sailfish, tworzonymi przez społeczność. Wspominałem, że fabryczna wersja systemu jest nieco zbyt minimalistyczna? Za pomocą Patchmanagera można spersonalizować go w dalece większym zakresie, niż pozwalają oficjalne narzędzia. Ostatnio trafiła tam duża łata o wiele mówiącej nazwie “What Jolla forgot”, umożliwiająca włączenie wielu oczywistych funkcji i dodatkowych menu, które nie były obecne domyślnie z niewiadomych względów, a nie mozna było się o nie doprosić od bardzo dawna.
W kwestii personalizacji wspomnę o jeszcze jednym - takie rzeczy jak zmiana tapety i czcionek odbywają się przez oficjalną aplikację Muoto (z fińskiego “atmosfera”), którą również musimy doinstalować sami z oficjalnego sklepu Jolli.
Podsumowując: SailfishOS zyskuje w miarę poznawania. Zachęcam Was do dania mu szansy - finansowo ponosicie tylko koszt zakupu którejś z Xperii, system jest darmowy (do testów mozna spokojnie obejść się bez Androida), a jeśli się Wam spodoba, zainwestujcie te 25 euro i kupcie licencję. Taniej dziś nie znajdziecie żadnego legalnego i współczesnego systemu operacyjnego. I dajcie sobie czas na nauczenie się tej dziwnej, smyranej obsługi, pogrzebanie po sklepach z aplikacjami i poeksperymentowanie z tym, co Wam pasuje.
To nie jest (jeszcze) system, na który mozna sie po prostu przesiąść i zapomnieć o reszcie. A przede wszystkim - zanim podejmiecie decyzję, poczytajcie instrukcje na stronie Jolli i przejrzyjcie tematy na forum. To oszczędzi Wam wielu niemiłych niespodzianek i rozczarowań. Kiedy jednak już wejdziecie w to środowisko, nie rezygnujcie z używania forum i kontaktu z twórcami aplikacji na githubie lub gdziekolwiek indziej. To ciągle niewielka grupa, więc ludzie naprawdę odpowiadają na pytania, a programiści poprawiają zgłoszenia błędów, które nadeślecie. System ciągle się rozwija i aktualnie wszyscy są najbardziej zajęci najnowszym dzieckiem, czyli Jolla Phone C2, ale mimo to prace nad kolejnymi wersjami nie ustają, a Xperie nadal dostają aktualizacje. Potwierdzone na sobie.
























