Sunday, October 25, 2026

Trzecia droga wiedzie na północ, czyli słowo o SailfishOS

Ludzie, którzy chcieli uciec od dominacji Google i Apple’a w świecie oprogramowania do telefonów komórkowych, od jakiegoś czasu nie mieli łatwego życia. Już od kilku lat scena niestandardowych ROMów na Androida praktycznie zamarła, do czego walnie przyczyniła się sama firma Google, czyniąc swój system coraz bardziej zamkniętym i piętrząc trudności przed twórcami niezależnego oprogramowania. O Apple tak naprawdę wspominam tu tylko dla porządku, bo iOS otwarty ani modyfikowalny nigdy nie był, nie jest i prawdopodobnie nie będzie.
W 2026 roku alternatywy dla Androida mieliśmy zasadniczo trzy:

- LineageOS - najdłużej na rynku, najszerzej wspierany, ale budził zastrzeżenia co do stopnia prywatności i (ciągle) współdzielenia części danych uzytkowników z Google
- /e/OS - wywodzący się z powyższego, nadal wspierający sporą bazę urządzeń i chwalący się odcięciem od usług Google, lecz puryści wytykali mu nadal niedostateczne bezpieczeństwo i prywatność
- GrapheneOS - jak na razie tylko na smartfony Google Pixel (choć ogłoszono współpracę z Motorolą), ekstremalnie prywatny i całkowicie niezależny od Google

Między społecznościami wspierającymi dwa ostatnie rozpętała sie niedawno zaciekła i - prawdę mówiąc - niesmaczna walka, sprowadzająca się do tego, “kto jest bardziej prawdziwy”. Nie zamierzam zagłębiać się w ten temat, bo przyszedłem tu omówic nowego gościa w tym towarzystwie - SailfishOS. Chociaż prawdę mówiąc, pojęcie “nowy” nie jest tutaj na miejscu - SailfishOS rozwijany jest od 2013 roku. Jego twórcami są byli pracownicy koncernu Nokia, którzy zajmowali się wcześniej rozwojem m.in. zarzuconego ostatecznie systemu MeeGo. Z technicznego punktu widzenia, SailfishOS jest praktycznie czystym Linuxem, dostosowanym do specyfikacji telefonów komórkowych. Nie jest to nic nowego; mamy przecież od kilku lat inicjatywy takie jak chociażby Ubuntu Touch, ale nie udało się im zdobyć większej popularności.

SailfishOS mierzy wysoko. Od niedawna jego twórcy - firma Jolla - robią sporo, żeby sie przebić do masowej świadomości, reklamując się jako “trzecia droga” między Androidem a iOS, oraz “europejska alternatywa dla bigtechów”. Oczywiście, wszystko z poszanowaniem wolnego oprogramowania oraz prywatności użytkownika. Co więcej, nieco ponad miesiąc temu światło dzienne ujrzał specjalny, dedykowany dla tego systemu telefon - Jolla Phone C2. Dla ścisłości należy nadmienić, że jest to już drugie podejście Jolli do stworzenia własnego urządzenia. Obydwa były finansowane metodą przedpłat i obydwa kosztowały dość słono (Jolla Phone C2 razem z wysyłką uszczupli naszą kieszeń o ok. 700 euro). Ocenę, czy to dużo czy mało, pozostawiam Wam, bo ja wszedłem w świat Sailfisha nie przez wspomnianą C2-kę, ale odmienną drogą.

Jolla zawarła bowiem umowę z Sony, na mocy której SailfishOS można oficjalnie zainstalować na sporej liczbie smarfonów z linii Xperia. I to była opcja, którą wybrałem ja. W przedziale 300-400 zł można znaleźć np. Xperie z serii 10, które wspierane są bardzo dobrze. Co do kosztów samego systemu, to jego podstawową wersję można ściągnąć i zainstalować za darmo - nie będzie ona jednak miała wsparcia dla aplikacji Androida. Aby móc się nim cieszyć, należy nabyć licencję za min. 25 euro. Opłata jest jednorazowa i daje nam pełne wsparcie od Jolli, a w telefonie pojawia się opcja doinstalowania Android AppSupport; nie trzeba reinstalować systemu ani czyścić danych.
Istnieją również obrazy systemu tworzone przez społeczność na inne telefony, i tu już mamy spore różnice w jakości i zaawansowaniu projektów. Więcej informacji o wsparciu społeczności można znaleźć tu: https://forum.sailfishos.org/t/community-hardware-adaptations/14081 . Sama lista wspieranych telefonów Sony jest zaś tu: https://docs.sailfishos.org/Support/Supported_Devices/ .

LineageOS używam od sierpnia tego roku. Zaczynałem ostrożnie, nie rzucając się na głęboką wodę - przechodziłem stopniowo, sprawdzając, czy poszczególne aplikacje działają, i odkrywając coraz więcej funkcjonalności. Na dziś mój stosunej używania Sailfisha do Androida przedstawia się mniej wiecej w stosunku 90 do 10. Tym sposobem dochodzimy do zdania, które normalnie powinno paść w podsumowaniu - nie, ten system nie zastąpi Wam innego całkowicie, chyba że pogodzicie się z pewnymi istotnymi kompromisami. Na Sailfishu nie zadziała większość aplikacji bankowych, a te, którym się uda, nie będą miały dostępu do płatności NFC. Zapomnijcie o połączeniu smartwatcha z telefonem - system przekazywania powiadomień z piaskownicy Androida do urządzeń zewnętrznych nadal jest niedopracowany, a Bluetooth działa bardzo chimerycznie, jeśli chcemy używać czegoś innego niż słuchawki. I lepiej mieć ogólne obycie z Linuxem, tak na poziomie rozumienia poleceń, które się wpisuje w terminalu, żeby coś naprawić albo zmusić do działania.

Ostatni punkt ma dwa oblicza, bo jeśli już macie te podstawy wiedzy linuxowej, to okazuje się, że z systemem można zrobić praktycznie wszystko. Tak zwany tryb dewelopera, niezbędny w Androidzie do wejścia w głębiej ukryte funkcje systemu, w Sailfishu ma po prostu postać połączenia SSH. Dostajemy terminal, możemy doinstalowywać pakiety (zwykłe rpm-y), edytować pliki konfiguracyjne, nawet samemu kompilować programy ze źródeł. Ale jak coś spieprzymy, to cierpimy wszystkie konsekwencje. Dodam jednak, że ten tryb nie jest absolutnie konieczny do korzystania z telefonu na co dzień - wszystko da się spokojnie zrobić za pomocą normalnych ustawień w menu.

No właśnie, menu… Jak się Sailfisha używa i jakie sprawia wrażenie? Kiedy po raz pierwszy odpaliłem telefon i zobaczyłem pusty ekran startowy z tapetą, na którym nie było literalnie nic, myślałem, że spieprzyłem instalację. Nic bardziej błędnego - na domyślnych ustawieniach wszystko ma wyglądać właśnie tak. Nordycki minimalizm i takie tam - osobiście mam alergię na słowo “minimalistyczny” w odniesieniu do oprogramowania, bo z reguły oznacza ono zawoalowane “obsysam w projektowaniu UI, więc udam że tak miało być”. Sailfish na szczęście nie zalicza się do tej kategorii, ale pierwsze wrażenie jest bardzo dezorientujące.
Podobnie rzecz się ma z nawigacją. System jest obsługiwany całkowicie za pomocą gestów i zajmuje trochę czasu, żeby do tego przywyknąć, bo zmienić się nie da. Nie jest to jednak ani styl Androida z gestami, ani iOS - faktycznie Jolla stworzyła coś własnego. Smyramy palcem po ekranie z góry, dołu, na prawo i lewo, a są jeszcze warianty tych gestów, bo czym innym jest posmyranie od lewej bądź prawej krawędzi (zminimalizowanie aplikacji), a czym innym “blisko krawędzi, ale nieco bliżej środka” (np. przesunięcie strony w aplikacji). Przesunięcie od górnej krawędzi na dół pośrodku ekranu otwiera szybkie menu, jak w Androidzie… ale jak zrobimy to samo w rogu ekranu, zamkniemy aplikację. Przyznam, że doprowadzało mnie to do szewskiej pasji, bo te gesty nie są w żaden sposób edytowalne, a samouczek tak na stronie, jak i w telefonie porusza tę kwestię bardzo oględnie i niestety w paru miejscach po prostu kłamie. Nawet teraz, po prawie 3 miesiącach, zdarza mi się coś zamknąć zamiast zminimalizować, i jestem wtedy daleki od nordyckiego minimalizmu i opanowania…

Kolejna różnica to sposób wykorzystania ekranu głównego. Nie można na nim umieścić skrótów ani ikon aplikacji, a pojęcie widżetu w SFOS nie istnieje. Nasz ekran główny jest tylko jeden i służy przede wszystkim do przechowywania zminimalizowanych aplikacji. Część z nich może mieć w tym trybie dodatkowe funkcje na podobieństwo widżetu - np. zegar wskazuje aktualny czas, a mapa pokazuje aktualizowaną na bieżąco miniaturkę. Jest to jednak indywidualna decyzja dewelopera i nie wszystko będzie działało w ten sposób. Za to aby dostać się do szuflady aplikacji, przeciągamy palcem od dolnej krawędzi ku górze, i tu na szczęście nie ma żadnych podchwytliwości.

Wszystko razem składa się na dość oryginalny sposób sterowania, który z początku irytuje, potem drażni, a na końcu… być może można go polubić? NIe ukrywam, do ostatniego etapu jeszcze nie dotarłem, ale to wyłącznie ze względu na personalne preferencje i ograniczenia, które sprawiają, że ciężko korzysta mi się z ekranów dotykowych w ogóle, a wykonywanie na nich dokładnie wymierzonych gestów wymaga o de mnie większego wysiłku, niż w przypadku innych. Dlatego w imię wyższych racji (uniezależnienie od duopolu, wspieranie europejskich firm, dbałość o prywatność moich danych itp.) przyjąłem to jako mniejsze zło. Nie zrozumcie mnie źle - Sailfish absolutnie nie jest nieużywalnym klocem i nie wymaga chirurgicznej precyzji. Zwracam raczej uwagę na to, że osoba nieprzyzwyczajona może mieć trudności z opanowaniem sposobu nawigacji, bo jest on bardzo nietypowy, arbitralny i niemożliwy do zmiany, a ja nie lubię, jak mi się narzuca rzeczy. Ale z drugiej strony, być może to jest koszt tej trzeciej drogi? Chcemy mieć coś innego niż Android czy iOS, to zaakceptujmy, że jest inne - i już.

Następną kwestią jest dostępność oprogramowania. Mamy tutaj dwie główne drogi - aplikacje Androida instalujemy przez F-Droida, Aurora Store czy inny wybrany przez nas sklep. Uczciwie przyznam, że nie podejmowałem się zainstalowania oficjalnego Google Play, bo to kłóciło się z moimi założeniami, a ponadto, o ile wiem, wymagałoby to dodatkowych zabiegów. W celu zwiększenia kompatybilności możemy doinstalować microG, i jak do tej pory nie spotkałem się z żadnymi problemami ze strony zakopanego w piasku Androida (celowo nie używam tu pojęcia “emulacja”, bo mamy do dyspozycji pełnoprawnego, acz znacznie odchudzonego Androida w wersji od 11 do 13, osadzonego we własnym środowisku sandboxu - lub według nazewnictwa producenta, SailJail). Aplikacje zasadniczo działają bezproblemowo, a spowolnienie spowodowane koniecznością przejścia przez dodatkową warstwę oprogramowania jest prawie niezauważalne. O ile Xperia 10 III, której używam, skończy niedługo 8 lat, a jej specyfikacja techniczna jest na dzisiejsze warunki co najwyżej przeciętna, to dalej broni się nieźle pod względem wydajności na obydwu systemach. 4 GB RAM mogłyby budzić uśmiech politowania u niektórych, ale pamiętajmy, że kluczowy system jest Linuxem, mniej zasobożernym i nieobciążonym tonami śmiecia, które ciągnie za sobą praktycznie każdy Android instalowany współcześnie w fabryce. Przy codziennym użytkowaniu, przeglądaniu internetu, korzystaniu z Fedi i Discorda oraz słuchaniu muzyki oraz obróbce zdjęć rzadko dochodziłem do zajętości pamięci powyżej 60%.

Druga droga to oprogramowanie samego Sailfisha - i zaraz na początku ta droga się rozdziela, bo mamy do wyboru nie jeden, a cztery sklepy z aplikacjami. Domyślny, czyli Jolla Store, oferuje całkiem rozsądny wybór podstawowych aplikacji, chociaż mocno nacechowany preferencjami programistów - dlatego mozemy tam znaleźć np. kilkanaście wersji klientów Telegrama i aplikacji do podcastów, a edytora zdjęć do dziś ze świecą szukać (i muszę korzystać ze Snapseeda). Na szczęście możemy z tego samego miejsca zainstalować dwa kolejne, czyli Storeman i Chum GUI. Są to po prostu graficzne klienty dwóch repozytoriów, OpenRepos.net i Chum. Pierwsze oferuje znacznie większą liczbę aplikacji, drugie jest w moim odczuciu bardziej eksperymentalne i zawiera więcej projektów dla starszych wersji systemu - lub zwyczajnie porzuconych. Ja przekopałem się przez wszystkie i nie mogę jednoznacznie wskazać, które polecam bardziej niż inne. Trzeba po prostu dać sobie kilka wieczorów na przejrzenie ich zawartości i zdecydowanie, co może nam się przydać. Jedna sugestia - zwracajcie uwagę na daty aktualizacji. Jeśli coś jest niezmienione od 2015 roku, to mamy duże szanse na to, że pakiet sie po prostu nie zainstaluje, bo będzie niekompatybilny.

Jako trzecie powinienem wymienić repozytorium nixOS, ale korzystanie z niego wymaga ciężkiej ingerencji w strukturę systemu i właściwie wywrócenie Sailfisha na lewą stronę, więc zostawiam tylko sygnał dla pasjonatów. Zamiast tego skupię się na Patchmanagerze, czyli czymś, co de facto sklepem nie jest, ale z biegiem czasu najprawdopodobniej stanie się niezbędną częścią Waszego systemu. Jest to program do instalacji i zarządzania najrozmaitszymi łatkami na Sailfish, tworzonymi przez społeczność. Wspominałem, że fabryczna wersja systemu jest nieco zbyt minimalistyczna? Za pomocą Patchmanagera można spersonalizować go w dalece większym zakresie, niż pozwalają oficjalne narzędzia. Ostatnio trafiła tam duża łata o wiele mówiącej nazwie “What Jolla forgot”, umożliwiająca włączenie wielu oczywistych funkcji i dodatkowych menu, które nie były obecne domyślnie z niewiadomych względów, a nie mozna było się o nie doprosić od bardzo dawna.
W kwestii personalizacji wspomnę o jeszcze jednym - takie rzeczy jak zmiana tapety i czcionek odbywają się przez oficjalną aplikację Muoto (z fińskiego “atmosfera”), którą również musimy doinstalować sami z oficjalnego sklepu Jolli.

Podsumowując: SailfishOS zyskuje w miarę poznawania. Zachęcam Was do dania mu szansy - finansowo ponosicie tylko koszt zakupu którejś z Xperii, system jest darmowy (do testów mozna spokojnie obejść się bez Androida), a jeśli się Wam spodoba, zainwestujcie te 25 euro i kupcie licencję. Taniej dziś nie znajdziecie żadnego legalnego i współczesnego systemu operacyjnego. I dajcie sobie czas na nauczenie się tej dziwnej, smyranej obsługi, pogrzebanie po sklepach z aplikacjami i poeksperymentowanie z tym, co Wam pasuje.
To nie jest (jeszcze) system, na który mozna sie po prostu przesiąść i zapomnieć o reszcie. A przede wszystkim - zanim podejmiecie decyzję, poczytajcie instrukcje na stronie Jolli i przejrzyjcie tematy na forum. To oszczędzi Wam wielu niemiłych niespodzianek i rozczarowań. Kiedy jednak już wejdziecie w to środowisko, nie rezygnujcie z używania forum i kontaktu z twórcami aplikacji na githubie lub gdziekolwiek indziej. To ciągle niewielka grupa, więc ludzie naprawdę odpowiadają na pytania, a programiści poprawiają zgłoszenia błędów, które nadeślecie. System ciągle się rozwija i aktualnie wszyscy są najbardziej zajęci najnowszym dzieckiem, czyli Jolla Phone C2, ale mimo to prace nad kolejnymi wersjami nie ustają, a Xperie nadal dostają aktualizacje. Potwierdzone na sobie.

Wednesday, August 26, 2026

Nikomu wiary dać nie można

(Tekst ukazał się pierwotnie na moim koncie na Mastodonie; to jest zredagowana i rozszerzona wersja)

Naszła mnie refleksja o tym, jak doświadczenia życiowe ukształtowały mój stosunek do technologii, i jak różne moze być podejście człowieka w zależności od tego, na czym się wychował.
Moja przygoda z komputerami zaczęła się w czasie, gdy 99% oprogramowania w Polsce było pirackie. Windowsa instalowało się ze skopiowanego CD, a Microsoft nie miał nawet polskiej filii. Wszyscy, od których się uczyłem, powtarzali - Windows to gówno, doinstaluj X,Y,Z i zmień X,Y,Z. Jedną z pierwszych rzeczy, których się nauczyłem, były zmiany w rejestrze.
Wtedy jeszcze nie miałem internetu. Kiedy się do niego dobiłem, każdy wiedział - Internet Explorer służy do ściągnięcia Firefoxa albo Opery i niewłączania nigdy więcej. W sumie było mi wszystko jedno, bo wtedy miałem już Linuxa. A droga do niego nie była usłana różami - kiedy padł mi dysk z windą, kolega z pokoju w akademiku namówił mnie na przejście na LInuxa właśnie. Jakiego? Gentoo… na współdzielonym połączeniu modemowym. To był taki obóz przetrwania, że sam się dziwię, że tego nie rzuciłem w cholerę. Ale jakaś niezdrowa ciekawość kazała mi przechodzić kolejne ręczne kompilacje kernela, emerge trwające po 8 godzin i make install’e wywalające się po kilkanaście razy.

Właściwie dlaczego się na to zdecydowałem? Zdobycie przegranej płyty CD z Windowsem w akademiku było banalnie proste. Mogłem zapłacić parę złotych, zainstalować i mieć spokój. Tylko że ja już wtedy wiedziałem, że to nie będzie “spokój”. Wkurzały mnie przywieszki komputera bez powodu, “nieokreślone błędy” czy konieczność resetowania co jakiś czas ot tak, dla zasady. Linux mówił do mnie, co robi, co się z nim dzieje, i jaki dokładnie błąd z jaką częścią jego bebechów się właśnie wydarzył. A że dałem się dla towarzystwa namówić na chyba najmniej przyjazną użytkownikowi dystrybucję? Każdy popełnia błędy. Za to dzięki temu poznałem mnóstwo ludzi, bo kiedy nie było można zapytać na forum internetowym, co się dzieje, to latałem od pokoju do pokoju i wyciągałem wiedzę od kolegów z bardziej technicznych kierunków.

Możecie się zastanawiać, po co te kombatanckie wspomnienia. Mówię o tym, bo z takim doświadczeniem nauczyłem się podejścia “jeśli coś ci nie pasuje, dowiedz się, jak to zmienić i zmień to”. Tak potem trafiłem w magiczny świat modyfikacji Androida i niestandardowych ROMów do smartfonów. Zacząłem więcej czytać technicznych tekstów i uwierzyłem, że mimo braku formalnego wykształcenia coś potrafię. Odziedziczona po początkowych latach przygód komputerowych nieufność do korporacji, podsycana graniem w Cyberpunka 2020 (taki papierowy RPG) też pozostała, do tego jeszcze wrócimy.

I tak trafiamy w czasy obecne. Przeżyłem, jak wszyscy, rozkwit i zgównowacenie sieci społecznościowych - ale nigdy nie dałem się namówić na Facebooka, bo od samego początku podejrzane dla mnie było, że ktoś chce ode mnie prawdziwe personalia.
Chyba za dużo już wiedziałem o hackerach, a strona, gdzie wszyscy podają jak na tacy imiona, nazwiska, adresy, telefony i zdjęcia w każdej sytuacji wydawała mi się czymś totalnie podejrzanym. Potem zaczęły do mnie docierać informacje o pierwszym, drugim, dziesiątym wycieku danych, w dalszej kolejności zaś newsy o nieuczciwych praktykach gigantów - a ludzie dalej się do nich pchali. Nie rozumiałem, dlaczego, i zdarzyło mi się też być wyalienowanym ze środowiska, bo jako jedyny nie miałem tego pieprzonego fejsbuka.

No i to jestem ja - linuksowiec samouk, którego nawet własna żona nazywa paranoikiem. Skontrastuję mój obraz ze swoją przybraną córką, która weszła w świadome życie jeszcze przed smartfonami, ale już za czasów FB, czatów i rozpowszechnionego internetu. Stroną techniczną tego, co jej stoi na biurku, nigdy się nie interesowała. Komputer z Windowsem był oczywistością jak lodówka czy telewizor, tak samo jak smartfon… i tu zacznijmy rozbiór problemu na elementy pierwsze.

Dużo rzeczy, oczywistych dla mnie, nie jest oczywistych dla niej. Ona wie, że istnieją inne przeglądarki poza Chrome, ale tylko na komputerze. Androidowe Chrome jest po prostu “internetem”, funkcją telefonu. Tak samo Gmail jest “pocztą”. Nie wiedziała, że klawiatura jest taką samą aplikacją jak każda inna i jeśli jej nie pasuje, to można ją zmienić. Zresztą od kiedy znajoma, pracująca w telekomie, sprezentowała jej swojego starego iPhone’a, zakochała się w nim bez reszty i zaczęła niekończący się hejt na Androida, przedstawiając powody realne i wymyślone, aby tylko udowodnić wyższość jabłuszka. Wspominam o tym, bo właśnie przy okazji naszych dyskusji wypłynęły powyższe fakty.
Nie tylko ona zresztą żyje w takim przekonaniu. Bardzo dużo moich znajomych narzeka na zgównowacenie droida, upychanie AI wszędzie i mulenie systemu. Wtedy Applowcy wychodzą cali na biało i zaczynają tyradę o tym, jaki iOS jest zajebisty i jak to nie zamienią go na nic innego, bo Android to kupa.
Wtedy wchodzę ja i pytam:
- czy wiesz, że możesz zmienić przeglądarkę, program pocztowy, program galerii, klawiaturę, itp? Nie musisz korzystać z domyślnego zapisu na google drive?
-eee, bee, ueee, ale jak to?
-jak chcesz to Cię nauczę
-eee, beee, ueee, to za trudne, może kiedyś
(z krzaków wyskakuje ajfonowiec)-iPhone jest lepszy!

“Póżniej” nie następuje, rzecz jasna, nigdy.

Długi czas tego nie rozumiałem. Masz gówno, narzekasz że śmierdzi, dlaczego nie chcesz nauczyć się używać wiadra i mopa? W końcu odpowiedź przyszła sama, wraz ze starym kawałkiem Dezertera “Prawo do bycia idiotą”, który przypomniał mi się - nomen omen - przy mopowaniu podłogi. Nie każdy przeszedł to, co ja. Nie każdy, patrząc na ekran komputera, widzi podział na środowisko graficzne, system plików i procesy - dla większości to są kolorowe obrazki. Nie widzi, bo nie musi. Bo nikt nigdy go tego nie nauczył w niedoinwestowanych szkolnych pracowniach informatycznych, bo ta wiedza jest w gruncie rzeczy niepotrzebna do bycia grzecznym użytkownikiem korposystemów. Bo tak podstawowa rzecz jak odpowiedzialne użytkowanie smartfona, którego dziś ma każdy, mimo kilkunastu lat ich ciągłej obecności w naszym życiu, dopiero teraz zaczyna się nieśmiało pojawiać. Teraz, kiedy głęboko po uszy tkwimy w gównie duopolu Google-Apple i internetowych algorytmów.
A ze zrozumiałych przyczyn duopolistom nie zależy na zmianie tego stanu. I chyba dlatego nawet tak prosta rzecz jak wyłączenie sugerowania słów i autokorekty jest jedną z najgłębiej ukrytych opcji współczesnego smartfona.
Grzeczny użytkownik został wytrenowany do wygody. Nie ma myśleć, że coś można inaczej. Grzecznego użytkownika nie obchodzi udział Facebooka w ludobójstwie gdzieś w Mjanmie (co to wogle za nazwa, taki kraj nie istnieje). Tak samo go nie obejdzie wykorzystywanie jego danych do reklam (bo NieMaNicDoUkrycia(tm)) ani masowe trenowanie AI na tym, co postuje w internecie.

Do grzecznego użytkownika można trafić tylko przez kieszeń. Niezbyt oddalonym przykładem jest segregacja śmieci. Do tej pory wszyscy mieli ją w 4 literach. Wystarczyło 50 gr za butelkę do zwrotu i zobaczcie, co się dzieje - staliśmy się technikami recyklingu. Ale tylko tego, za który nam płacą.

Powstaje więc pytanie - co tacy walnięci technicznie autsajderzy jak my mogą zrobić, żeby pokazać, że można inaczej? Mamy odpuścić wszystko i zamknąć się w złotej wieży poczucia wyższości i “wiem lepiej”? Niekoniecznie. Jedna odpowiedź nasuwa się sama - promować wiedzę dla tych, którzy jej chcą. Nawet, jeśli stosunek użytkowników grzecznych do niepokornych jest jak 10 tysięcy do 1. I niestety, porzucić myśl o hurtowym zbawieniu świata. Dziś jeden Dawid nie pokona Goliata, Goliat musi zawalić się pod własnym ciężarem. Ale jeśli Dawidów będzie wystarczająco dużo (nie muszą ich wcale być miliony!), zdążą wykopać Goliatowi pod stopą dołek na tyle głęboki, żeby ten się potknął i wywalił.

CZĘŚĆ 2:

Po opublikowaniu tego tekstu ukazało się kilka komentarzy, do których chciałem nawiązać.
Sporo z nas siedzi po jednej stronie barykady, którą sami uznaliśmy za słuszną. Nie bez racji pytamy: po co korporacji moje personalia, zdjęcie dowodu, zdjęcie ryjca? I zazwyczaj - w imię czego i dlaczego lub dla kogo? Dla śmiesznych kotków i komunikatora? Dla ludzi, którym nie zależy na kontakcie ze mną na tyle, by zainstalować dodatkowy komunikator? Wiemy, że brak higieny danych to tykająca bomba, która prędzej czy później się zemści. Wszelkie deplatformowamia, włamy, czy bezużyteczny dział wsparcia technicznego to realne konsekwencje polegania na korporacjach.

Tylko że… no właśnie. To jest nasze doświadczenie, ludzi którzy nauczyli się nie ufać Wielkim - niech to będzie opresyjne państwo lub żądna kasy korporacja, wszystko jedno. Jakiś element naszych doświadczeń czy wychowania postawił nas w opozycji. Dorastanie w gnijącym od środka PRL, patrzenie na prymitywny, żarłoczny kapitalizm lat 90., na którym bogacili się prości, cwani i chciwi (a my nie, bo mieliśmy skrupuły moralne), czy w końcu wyssana z kontrkultury wizja bezlitosnych korporacyjnych molochów. Ale nie wszyscy podzielają nasz punkt widzenia.

Kiedy mówiłem swoim bliskim o nadużywaniu danych przez bigtechy, większość zadziwiająco łatwo wzruszała ramionami. Odpowiedzi, które się pojawiały, można było podzielić na 2 grupy:
- fatalizm “i tak wszystko o mnie wiedzą, nie mamy szans, więc po co się opierać”, często podszyty jakąś dziwną, cyberpunkowo-Orwellowską samospełniającą się przepowiednią… zupełnie jakby utwory Orwella i Gibsona, które czytaliśmy, były proroctwem, nie ostrzeżeniem.
- akceptacja “to jest cena za darmowość usług”. Do tego się teraz odniosę.
Dla większości dane personalne i ich kradzież nadal są pojęciem science fiction, dopóki sami nie padną tego ofiarą. Ciężko sobie wyobrazić fakt kradzieży rzeczy niematerialnej. I absolutnie nie każdy ma feeda pełnego informacji z Zaufanej Trzeciej Strony czy Sekuraka. Z naszej bańki nie widzimy, jak mało tej wiedzy przenika poza środowisko specjalistów.
Mało kto wie, jakie męki przeszedłem, żeby odzwyczaić żonę i córkę od autozapamiętywania hasła na stronie banku. Tylko mój śp. królik był tego świadkiem, a i tak udało się tylko z żoną. Córka uparcie odmawia do dziś, tak samo jak odmawia używania czegoś innego niż usługi Google. Jest w drugiej grupie rękami, nogami i głową. Liczy się wygoda i integracja. Nie będzie się uczyła czegoś nowego, bo to niewygodne. Tu ma wszystko w jednym miejscu i tak chce żyć. Są ludzie, którzy nie lubią nowości i tacy są idealnymi klientami dla zamkniętych ekosystemów.

Co mam zrobić, dorosła jest. Nie zabronię jej.
Tylko jako człowieka z natury ciekawego, a także byłego nauczyciela, boli mnie, gdy widzę, że ktoś uczyć się nie chce. Tym bardziej na własnych błędach.

Natomiast nie wyczerpuje to jeszcze tematu. Bardzo ciekawie odniosła się do moich słów fediwersowiczka, wspominająca, jak wyglądało życie od tej “drugiej” strony, widziane z punktu osoby dorastającej już w czasach spokoju gospodarczego, upowszechnienia rozwiązań informatycznych i powszechnego dostępu do internetu. Poza kwestiami, które nie zmieniły się absolutnie od moich początków w świecie informatyki - absolutną dominacją produktów Microsoftu na rynku, brakiem alternatyw, całkowitą ignorancją ze strony władz - warto zwrócić uwagę na dwa problemy, które pozwolę sobie zacytować.

“(…)nie mogłam znieść ograniczeń jakie narosły z bombardowania wielością i znoszeniem samodzielności sterowania, dlatego nie ufałam rozwojowi wykraczającemu poza podstawową, postrzeganą subiektywnie użyteczność: komunikacja z ludźmi oddalonymi ode mnie i pozyskiwanie informacji.”
Prawda w oczy kole i w łeb wali. Ludzie chcą, żeby coś działało. To, co jest w przenośni “pod maską” nie każdego interesuje. Warto się cofnąć do przypomnienia sobie podstaw i wielkich idei - wszak celem postępu miało być ułatwienie ludziom życia i udostępnienie zdobyczy technologii każdemu. A skoro udostępniamy, to znaczy, że mają być łatwe w obsłudze i zrozumiałe dla każdego. Przełóżmy na chwilę nasze rozważania technologiczne na świat motoryzacji: oto my jesteśmy grupą mechaników, wiedzącą wszystko o detalach tego, co kryje się pod nadwoziem każdego samochodu, co wprawia go w ruch, i jak rozpoznać objawy awarii. Czy mamy prawo oczekiwać od każdego, że również będzie mechanikiem? Poza oczywistą konstatacją, że zabrałoby to nam środki do życia, sądzę, że prawie nikt nie odpowiedziałby “tak”. A skoro nie każdy musi być mechanikiem, to nie każdy musi być superużytkownikiem, czyż nie?

Powiecie: moment, przecież nie o to chodzi. Nie chcemy tworzyć społeczeństwa koderów i administratorów systemów. A bycie użytkownikiem jest w porządku, o ile opiera się to na uczciwej umowie między nim a dostawcą. I tutaj drugi cytat:
“podejrzewam, że dla wielu moich rówieśników, wyjście z bezosobowego internetu do internetu sygnowanego imieniem i nazwiskiem było ulgą. Wreszcie nie trzeba było kombinować, wkładać wysiłku w kreowanie czegoś, co jest tylko wycinkiem istnienia. Nie trzeba było cenzurować, selekcjonować tego, co się w internecie pokazuje - można było być sobą, a to dawało szansę na autentyczność, a więc i zniesienie osamotnienia. Dzisiaj, po ponad 20 latach, wiemy, że tak się nie stało”.
Moi drodzy koledzy, koleżanki i osoby paranoiczne, dacie wiarę? Ja długo nie mogłem - całe życie w przekonaniu, że przywiązanie kogoś do prawdziwych danych, widocznych dla wszystkich, jest jednym z największych gwałtów, jaki można komuś uczynić… i dopiero po przeczytaniu tych kilku zdań coś mnie trzepnęło w głowę. Kto tu jest w gruncie rzeczy nienormalny, my czy oni? Co złego jest w pragnieniu pokazania się jako cała, nieocenzurowana osoba i niewstydzeniu się własnego imienia i nazwiska? Czy cały ten czas nie nazywaliśmy “cyfrowym ekshibicjonizmem” właśnie dążenia do realizacji podstawowego pragnienia człowieka - pragnienia bycia sobą?

Wisi jednak nad tym spory cień: pragnienie ekspresji siebie i oddanie wszystkiego, co nas definiuje, w przestrzeń dysków usługodawcy zakłada dorozumienie jego dobrych intencji. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakładałby kont na socjalkach, gdyby wiedział, że od samego początku serwis będzie źle moderowany, oprogramowanie dziurawe, a koniec końców w pogoni za absolutną kasą jego twórca i rada nadzorcza zawrą związek małżeński z wszelkim syfem ludzkości en masse, od neonazistów poprzez ruskie farmy botów aż po religijnych fanatyków, rozmontowujących system państwowy USA. A jednak tak się stało, bo nikt nie wiedział, że bierze udział w jednym z największych szwindli w historii ludzkości.

Czepiam się tu Facebooka, jeśli ktoś się nie zorientował, ale mechanizm w gruncie rzeczy jest ten sam w każdym miejscu: usługodawca ukrywa się za długim i skomplikowanym regulaminem, najeżonym zrozumiałymi tylko dla specjalistów terminami prawniczymi. Wie, że nikt go nie przeczyta. Swoją drogą, taką formę regulaminu do pewnego stopnia wymusza samo prawodawstwo - próby uczynienia języka prawniczego czytelnym zostały podjęte dopiero niedawno i to zaledwie w kilku krajach. W regulaminie wprawdzie nie znajdzie się klauzula oddania firmie lewej ręki i prawej nerki przez użytkownika w razie naruszenia postanowień, ale coś mniej materialnego już tak. Potem idziemy metodą małych kroczków, nowe regulacje zakładają więcej i więcej - płatne członkostwo, więcej reklam, karmienie AI danymi i zbieranie każdej mozliwej formy danych. Zgównowacenie. Nowe, znamy. Ale czy na pewno “my”? Znają ci, którzy od dawna stali po tej drugiej stronie barykady, którzy stali w wiecznej kontrze, którzy dostali łatkę paranoików, bo ostrzegali, kiedy nikt nie chciał słuchać.

Może zresztą ostrzegaliśmy źle - za gwałtownie, za ostro. Kiedy wszystko wydaje się w porządku od góry a struktura błyszczy, krzyczenie, że dołem wylewa się gówno, a administrator podsypuje karaluchy do wentylacji, żeby potem zgolić za usługi dezynsekcyjne, nikogo nie wzruszy. Karaluchy? Może u kogoś, ale u mnie nie. Zresztą jak zapłacę za psikanie, to do mnie nie przyjdą.
Problem musi przekroczyć masę krytyczną, żeby ogół zaczął zauważać, że jest źle. Ale nawet w tym długim okresie między pierwszymi sygnałami zepsucia a trzeszczeniem w posadach przegniłych fundamentów nie wolno przestawać mówić, jak jest. Bo inaczej wszyscy zaczniemy hodować karaluchy jako zwierzątka domowe.

Monday, August 3, 2026

Jak pies do jeża

Myślałby kto, że skoro już mam swojego wymarzonego bloga, włożyłem cały trud w self-hosting i mam co na nim publikować, to będę odrobinę bardziej regularny. A gówno prawda… Wciąż wynajduję sobie jakieś powody, żeby regularnym nie być - a to żar się z nieba leje, a to akurat wpadnie coś na warsztat i MUSZĘ się tym zająć, a to po prostu mi się nie chce - i efektem są takie lawiny tekstu jak ta.

Nie obiecuję, że się poprawię. Może po prostu nie mam systematyczności we krwi; odkąd pamiętam, pracowałem zrywami, opieprzając się, gdy do założonego deadline’u było jeszcze daleko, i zarywając nocki, gdy niebezpiecznie się zbliżał. Tu na szczęście nie gonią mnie terminy, więc bez dalszych gorzkich żalów rozpocznijmy opowieść o tym, co zmieniło się w świecie nekrotechniki.

1) Remont sprężareczki Stanisławy

Stara wersja kompresora, o której wspominałem na samym początku bloga, nie podobała mi się - była źle pomyślana, za wysoka i złożona na odwal się w kilku miejscach (a raczej złożona z pomocą tego, co wtedy miałem). Czas mijał, ale ja oczywiście nie ruszyłem się, żeby poprawić błędy. Działa to działa, na co drążyć temat. Przyszedł jednak ten moment, gdy uszczelnienia zaczęły przepuszczać powietrze, a wężyk odstrzelił z hukiem od pistoletu.

Mamy więc teraz Stanisławę wersja 2 - niższą, bardziej ergonomiczną, bez rurek odstających na lewo i prawo, przez co mniej zahacza o meble, pod którymi ją trzymam. Wyeliminowałem też niepotrzebny reduktor ciśnienia, bo plany malowania modeli porzuciłem na dobre. Gdyby jednak to “na dobre” mi się odwidziało, to zostawiłem miejsce na przykręcenie bloku reduktora, póki co robiące za awaryjny spust powietrza ze zbiornika.

20260803_140640.jpg
20260803_140655.jpg

2) Instalacja woltomierza w motocyklu

W tak zwanym międzyczasie stałem się również posiadaczem kolejnego motocykla. Od razu zachciało mi się robić jakieś modyfikacje. Woltomierz był sensownym kompromisem między chęciami a możliwościami, gdyż nie wymaga wiele dłubania. A jednak mój perfekcjonizm sprawił, że całość kosztowała mnie ponad miesiąc pracy…
Pierwszym krokiem było znalezienie odpowiedniego miernika. Na dziś 99% woltomierzy, dedykowanych do motocykli, to mierniki z wyświetlaczem elektronicznym, a to mi się absolutnie nie podobało. Zaczęło się kopanie bez końca po portalach aukcyjnych, kilka chybionych zakupów - w końcu zdecydowałem się na woltomierz z ciągnika (!). Chromowaną obudowę trafiłem gdzieś przypadkiem po drodze, za parę złotych. Oryginalnie zawierała dość tandetny chiński prędkościomierz. Na szczęście jedno w miarę pasowało do drugiego, udało się też dorobić podświetlenie na LED, bo oryginalna żarówka nie zmieściłaby się w obudowie. Do tego również okazyjnie trafione mocowanie, oryginalnie zaplanowane pod jakąś kamerkę - ale pasowało. Kiedy zakończyłem wszystkie poszukiwania, zakupy i spasowałem całość w jedno, przyszedł czas na montaż…

Niby nic - cztery kabelki, sam woltomierz i przekaźnik, żeby pomiar nie żarł akumulatora 24 h na dobę, a załączał się dopiero po przekręceniu kluczyka w stacyjce. Tylko kiedy zabrałem się za robotę, na światło dzienne wyszedł stan instalacji elektrycznej w moim 26-letnim rumaku. Dwa dni spędziłem na ciągnięciu kabli, odrdzewianiu styków i zastanawianiu się, jak wpiąć się w instalację, która rozpada się od patrzenia. Po kilku podmiankach tu i tam całość jednak była gotowa. I działa całkiem dobrze. Zimową przerwę w jeżdżeniu jednak wykorzystam na konserwację najbardziej zużytych kawałków wiązki elektrycznej.

20260716_205628.jpg
20260716_210700.jpg
20260724_181129.jpg

3)Stare telefony komórkowe

Tu zaszło najwięcej zmian. Część kolekcji odsprzedałem, doszło sporo nowości, i ogólnie zastanawiam się, dokąd dalej mam podążać. Nie mam miejsca, żeby gromadzić setki aparatów dla samego zbierania, wydałem już zresztą na to zbyt dużo pieniędzy. Pierwotny cel, jakim było zgromadzenie sprawnych telefonów komórkowych z okresu wczesnych lat 2000., które mi się podobały i które chciałem mieć, właściwie już osiągnąłem. Cel wtórny, czyli sprawdzenie, jakie komórki mogą się przydać w razie kryzysu, osiągnąłem bardzo szybko, bo okazało się, że w roku 2026 na rynku wtórno-kolekcjonersko-złomiarskim są jedynie 2 modele, które nadają się do zasilania bateriami R6/AAA. Na dłuższą metę więc nie tędy droga i należy się raczej zaopatrzyć w solidny powerbank, zasilany np.bateriami słonecznymi, oraz szukać takich modeli telefonów, które są jak najmniej prądożerne. Ale to temat na kiedy indziej.

Przejdźmy więc do listy obecności.

Te, które zostały:
- Nokia 6150, z odnowioną baterią. Odnawianie baterii, czy dokładniej montaż nowych ogniw w stare skorupki, będzie chyba tematem jednego z najbliższych wpisów. Również budowa kabla do ściągnięcia zawartości ROMu, edycji zawartości i wgrania z powrotem (czyli mojej kopii tzw. kabla Dejana), idzie małymi kroczkami. Myślałby kto, że wrzucić 1 układ scalony, 2 oporniki, 2 diody i kondensator na płytkę i polutować to nic wielkiego. Jednak trzeba to zrobić tak, żeby się nie rozleciało, i podorabiać kable od zera. Ja skanibalizowałem stary przewód od monitora na użytek podłączenia do komputera. Nabyłem do tego przemysłową kartę rozszerzeń, dającą mi fizyczny port COM i LPT, bo chociaż moja płyta główna jakimś cudem posiada port COM, to o złączu równoległym nikt już od dawna nie słyszał… Pozostało mi jeszcze dorobić część idącą do telefonu.

- Motorola 2288, bez żadnych zmian. Jest to tak nudny telefon, że nic nie da się z nim zrobić.

- Alcatele One Touch Max db. Z jednego zrobiły się 3, z czego 2 sprawne, a trzeci jako dawca części. Jak na razie, wszelkie próby zdjęcia czeskiego simlocka spełzły na niczym. Przeszedłem przez wszystko - odnalazłem prastary software nie do znalezienia, znalazłem miejsce sprzedające kable nie do znalezienia. Te okazały się chińskim gównem, polutowanym na ślinę i gumę do żucia, gdzie źle dobrane komponenty stopiły obudowę całego wynalazku od nadmiernego rozgrzewania się. Cóż, przede mną zdecydowanie, który z dwóch przeczących sobie nawzajem schematów, znalezionych w internecie, jest tym właściwym - i złożenie całości tak, jak (chyba) powinna wyglądać. Na szczęście z chińskiego szajsu da się zrecyklingować przynajmniej wtyczki, a więc najtrudniej dostępną część. Wszystkie elementy elektroniczne już leżą w mojej szufladzie, bo zaopatrzyłem się na wszelki wypadek.
Na zdjęciach drugi z czeskich satanów wraz z widokiem pornograficznym (tj. rozebranym na części pierwsze).

20260501_000920.jpg
20260501_001148.jpg

- Nokia 5210, z nową obudową. Cuda się jednak zdarzają. Udało się kupić zamiennik obudowy, nawet niezłej jakości, i telefon od razu wygląda inaczej.

20260701_074837.jpg
20260701_081122.jpg

- Emporia V170, bez zmian. Nie bardzo wiem, co z nią zrobić, bo jest potencjalnie użuteczna i całkiem ładna, ale i do bólu nudna. Na razie leży i zabiera miejsce na półce.

Nowi lokatorzy:

- Nokia 6210. Zakup trochę przez przypadek, ale wyłączywszy nieco opornie działające klawisze, jest zachowana w dobrym stanie i może spokojnie robić za zmiennika starszej 6150-ki.

20260803_105415.jpg

- Nokia 6310i. Legendarny model, poszukiwany wśród kolekcjonerów, więc kiedy pojawiła się na moim radarze w tzw. dobrej cenie, kupiłem bez zastanowienia, nie przejmując się trochę zmolestowaną obudową. Niestety, przeliczyłem się. Telefonik jest również zmęczony od środka, bo od wieloletniego używania przestają mu stykać rozmaite połączenia na płycie głównej. Także gdy bierze się go do kieszeni, należy liczyć się z tym, że w ciągu kilku minut się wyłączy. Poza tym nie lubi kart T-Mobile (inne jeszcze akceptuje). Ale jak długo leży sobie spokojnie w domu i bierze się go ostrożnie do ręki, tak długo jest sprawny. Nie powiem, liczyłem na więcej, więc jestem trochę rozczarowany - ale zdaje się, że muszę zaakceptować to, co mam.

20260803_110515.jpg
20260803_110555.jpg

- Siemens S45 i ME45. Dwa telefony, różniące się tylko obudową (ME45 był wodoodporną i wstrząsoodporną wersją S-ki; w praktyce oznaczało to, że opakowali go w więcej gumy :) ).
Tu dla odmiany żadnych problemów nie miałem, po renowacji baterii oba zadziałały jak należy i grzecznie poddały się aktualizacji oprogramowania do bardziej “premium”, czyli S45i. W roku 2026 nie ma to żadnego znaczenia, bo zauważalne zmiany to klient e-mail (i tak już niedziałający ze współczesnymi protokołami) oraz jedna nowa gra. A, no i oczywiście mityczny monitor sieci, pozwalający na przeglądanie parametrów stacji nadawczych (niepotrzebny po nic nikomu, ale szpan jest… No dobrze, jedna przydatna rzecz to szczegółowy wgląd w stan baterii). Przy okazji - Nokie też mają go wgranego, bo dlaczego nie.

20260803_110315.jpg
20260803_105516.jpg
20260803_112229.jpg

- Ericsson R310s, pamiętacie? Wielki, naprawdę pancerny telefon z równie wielką anteną, nazywaną przez producenta “płetwą rekina”. O ile Siemens miał po prostu kilka płatków gumy więcej, tak Ericssonem naprawdę mozna było rzucać i topić go w wodzie bez większej szkody. NAwet zajechane egzemplarze, wygladające jak przepuszczone przez kombajn, osiagają dziś chore ceny. Kiedy zatem zobaczyłem ten, prawie nietknięty przez czas i brutalnych użytkowników (bo te telefony przede wszystkim tyrały na robocie u leśników i budowlańców, gdzie nikt się z nimi nie pieścił), w dodatku za rozsądną… czytaj: sporą, ale nie absurdalną cenę, nie patrzyłem na stan konta. Nawet uszkodzone podświetlenie mi nie przeszkadzało, bo przecież może dać się naprawić.
Niestety, rzeczywistość powiedziała: sprawdzam. Telefon łapie zasięg na parę sekund, po czym nie chce sie logować do sieci - mimo, że poprzedni właściciel zapewniał, że wszystko jest w porządku.
Te telefony są dotknięte wredną wadą projektową. Na skutek użycia za mocnego nadajnika, przez pozostałe układy przepuszczany jest za mocny prąd, co z biegiem czasu powoduje ich degenerowanie się. Na początku objawia się to właśnie gubieniem zasięgu, a potem prowadzi do całkowitego uszkodzenia telefonu tak, że nie da się go nawet włączyć. I jest to nienaprawialne. Ileś lat temu wymagałoby to wymiany układu nadajnika w autoryzowanym serwisie i ponownej kalibracji telefonu… ale od 2001 Ericsson przestał produkować telefony, oddając tę część działalności spółce-córce Sony Ericsson, która również od ładnych kilkunastu lat nie istnieje. Także dupa zbita.
Jest jeszcze druga możliwość - z tego, co sprawdziłem, opisywana wcześniej wada, znana jako “no-network bug” objawia się minimalnie inaczej. Poza tym ten egzemplarz, kiedy kazać mu wyszukać dostępne sieci ręcznie, znajduje je błyskawicznie, ale nie chce się logować. Mam podejrzenia, że zwyczajnie nie chce współpracować ze współczesnymi kartami SIM, które mają już włączoną obsługę 5G i mogą różnić się konstrukcyjnie od tych sprzed kilku lub kilkunastu lat.
Cokolwiek by nie było przyczyną, zostałem z nie do końca działającym telefonem, za który zapłaciłem najwięcej ze wszystkich swoich eksponatów. I biję się z myślami: sprzedawać czy nie? Z jednej strony jest to rzadki model i w bardzo dobrym stanie, z drugiej - od początku robiłem założenie, że zbieram tylko egzemplarze sprawne, z których da się co najmniej zadzwonić lub wysłać SMS-a.
A może macie jakąś starą, działającą jeszcze kartę SIM z dawnych lat (obstawiam, że tak do 2010 r.), za której pomocą mógłbym zweryfikować, czy Ericssona czeka już tylko kaplica św. Trytytki, czy jednak jeszcze pociągnie - i jesteście w stanie mi ją pożyczyć? Dawajcie znać.

20260803_105300.jpg

- Ericsson A2628s. Nie do końca coś, co “chciałem” mieć w swoim czasie, ale znalazłem go jeszcze zanim trafiłem na wspomniany wcześniej R310s, a chciałem mieć w kolekcji jakiegoś Ericssona (nie Sony Ericssona właśnie). Po wymianie baterii zadziałał od strzała - niestety jest simlockowany na jakąś sieć chyba z Chorwacji, a próby zdjęcia blokady były równie długie i oporne jak w przypadku Alcateli. W skrócie - przeszedłem przez te same etapy i tutaj również czeka mnie budowanie kabla od zera, bo jedyny sklep z częściami do tak muzealnych komórek w Polsce zaoferował mi jedynie chińską podróbkę, zbudowaną na całkiem innym układzie niż wymagany i z brakującą połową elementów. Wszystkich tych ekscytujących wieści dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy wkurzony rozebrałem kabel na czynniki pierwsze…

20260803_105355.jpg

- Bosch GSM 909s. Bardzo mi się podobał w czasach, gdy jeszcze nie mogłem pomarzyć o telefonie (bo w czasach, gdy reptilianie jeszcze chodzili po ziemi, było tak, że telefon komórkowy mogła kupić tylko osoba pełnoletnia, okazując np. kartę płatniczą lub kredytową, a telefony na kartę weszły dopiero parę lat później). Bosch i Siemens próbowały w swoim czasie rozszerzyć ofertę z pralek, lodówek i zmywarek o telefony. Ten pierwszy się długo nie utrzymał, ale w międzyczasie zdążył jeszcze wchłonąć dział telefonów firmy AEG, razem z ich projektami. A wzornictwo mieli bardzo ładne.
Również i ten egzemplarz wymagał wymiany ogniwa w baterii, i było to najtrudniejsze zadanie spośród kilkunastu podobnych, z jakim musiałem się zmierzyć.
Niestety, po wymianie baterii w telefonie zgłupiał wskaźnik baterii i choćby była w pełni naładowana, zawsze pokazuje jedną kreskę. Są również problemy z kartą SIM - na współczesnych kartach, a mam tylko takie, nie mogę zapisać nowego numeru do książki telefonicznej (stąd też moje podejrzenie, że za niedomagania Ericssona R310s odpowiadają właśnie nowoczesne SIM-y.)

20260803_105907.jpg

- Mitsubishi Trium Geo / Trium Aria - Geo to ten granatowy, a Aria srebrna. Jest jeszcze model Astral, schowany do dalszych napraw, i zapewne będzie przełożony do jeszcze jednej obudowy od Geo, tym razem złotej, bo pod względem technicznym te telefony są niemal identyczne. Byłem przez krótki czas posiadaczem Geo jako nastolatek i mogę powiedzieć, że nie miałem lepszego telefonu pod względem wygody obsługi i ergonomii, w mojej prywatnej ocenie nawet Nokie się przy nim chowały. Arii nie miałem, ale pamiętam rzucające się w oczy, turkusowe podświetlenie. Nie jest ani taka mała, ani taka lekka, jak zachwalali ją w starych reklamach, ale ogółem stanowi przykład nieco egzotycznego podejścia do telefonów i niebanalnego wzornictwa.
Miałem szczęście, że trafiłem ją w dobrym stanie i z polskiej dystrybucji - co wiąże się z simlockiem na Orange, ale w dobie starterów za 5 zł nie jest to żadnym problemem. Po obowiązkowej wymianie ogniwa w baterii działa bez problemów.
Geo - no, to była większa gimnastyka. Najpierw trafiłem na 2 egzemplarze z wylanymi bateriami, gdzie kwas przeżarł na wylot styki - zaczęło się dopasowywanie tego, co ocalało. Nawet z trzecim dorzuconym w prezencie Astralem ocalałych styków zostało 3 i czwarty musiałem dorabiać z blaszki, co wyszło… średnio, więc do czasu wymyślenia czegoś lepszego jedną kartę SIM mam tam zamurowaną na stałe, żeby nie nadwyrężać mojej cudownej roboty na sztukę.
Potem przełożenie niesprawnego wyświetlacza i zdjęcie simlocka (wszystkie były blokowane na francuski Itineris). Jedyny Istniejący Sklep z Resztkami Części Zamiennych tym razem nie oszukał z kablem, więc po odkopaniu muzealnego oprogramowania na chomiku udało się telefonik uruchomić, co mnie bardzo cieszy. Niestety, Francuzi pakowali do swoich telefonów okrojoną wersję firmware’u, w związku z czym nie mam w nim gier (nie, żeby były jakoś wybitne…) ani kalendarza (to już jest bardziej upierdliwe). Mam wrażenie, że wszystkie Mitsubishi działały na podobnym układzie menu i funkcjonalnościach, więc niniejsze funkcje są obecne w Arii. Jak już wymyślę sposób dorobienia styków baterii do Astrala, a zakładam że nie ma lepszego niż cierpliwe wycięcie i wygięcie pożądanego kształtu z bardzo cienkiej blaszki, razy 4, przekonamy się jak sprawa wyglada w tym trzecim modelu.

20260803_105446.jpg
20260803_105453.jpg
20260803_105435.jpg
20260803_105504.jpg

- Samsung SGH-R210: nie był mi tak naprawdę po nic potrzebny, ale okazał się cichym bohaterem mojej kolekcji. W dobrym stanie, sprzedawany za równowartość 2 butelek coli jako Sony Ericsson w kategorii “odtwarzacze MP3” (naprawdę, nie wiem, co kieruje ludźmi przy wystawianiu ogłoszeń…), po naładowaniu oryginalnej baterii metodą na zasilacz i krokodylki uruchomił się bez zająknięcia i przy normalnym użytkowaniu jest w stanie wytrzymać 3-4 dni bez ładowania. Prawie jak za czasów nowości. Musiał być mało używany, albo wrzucony do szuflady i zapomniany na lata. To wystawia też bardzo dobre świadectwo bateriom Samsunga, czas się ich praktycznie nie ima. Żaden inny telefon w mojej kolekcji nie osiągnął takiego rezultatu, a w przeważającej większości ogniwa przypominały tykające bomby chemiczne.
Na razie jest, cieszy oko niebieskim podświetleniem (bardzo podobnym do tego w Boschu) i całkiem uroczymi grafikami na wygaszaczach ekranu (np. widoczny na zdjęciu tygrys co jakiś czas rusza uchem). Tylko ładowanie nadal odbywa się przez podłączenie krokodylków do zacisków baterii, bo Samsung natłukł więcej typów ładowarek, niż Krzysztof Rutkowski mandatów drogowych - i większość z nich pasowała do jednego, góra dwóch modeli. Aktualnie czekam, aż jedyny sprzedający TĘ ODPOWIEDNIĄ do mojego modelu wróci z wakacji, i szczęście będzie kompletne.

20260803_112408.jpg
20260803_112452.jpg

Podsumowując: mam do skończenia trzy kable - jeden do Alcatela, drugi do Ericssona, a trzeci to Dejan do flashowania Nokii. W następnej kolejności zaś chciałbym poruszyć kwestię tego, jak się przygotować do podstawowych zabiegów pielęgnacyjnych przy telefonach, kupowanych w najróżniejszym stanie z internetu lub bazaru, czego się spodziewać po zdjęciu obudowy, oraz kilku porad na temat wymiany ogniw w bateriach (i obowiązkowe przy tym zasady BHP).

==mage==

Tuesday, June 23, 2026

Gdzie byłeś, jak cię nie było?

Najogólniej mówiąc - w domu i w pracy. Ale ten na pozór zwykły stan był najeżony mnóstwem okoliczności, które sprawiły, że przez półtora miesiąca wyłączyłem się z jakiejkolwiek działalnosci internetowej, bo dostałem ataku technologicznego wstrętu. Naprawdę, samo spojrzenie na laptop, komputer czy smartfon powodowało u mnie mdłości. Aby nie stracić kontaktu ze światem, wróciłem do używania starych komórek z wczesnych lat 2000. (a wiec był to pierwszy moment, kiedy moja pasja sie na coś przydała). Dlaczego tak się stało?

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Pracuję w bankowości, w bardzo rozbudowanym dziale IT dużej instytucji finansowej. Zajmuję stanowisko zwane release managerem. W przekładzie z korporacyjnego na polski oznacza to, że kiedy uruchamiamy jakąś nową funkcję, dostępną dla wielu klientów, albo całkowicie nową aplikację, ktoś najpierw musi wymyślić ideę, ktoś inny ją zaplanować, inni ludzie - zakodować do formy programu, a release manager zajmuje się ostatnim stadium w procesie narodzin. Nadzoruje integrację z innymi systemami, sprawdza, czy dopilnowane są terminy testów i warunki techniczne oraz wymagania, określone przez stronę biznesową (czyli tych, którzy będą tego “dziecka” używać), a na końcu dowodzi samym procesem przekazania aplikacji na serwer i udostępnienia jej dla klientów.
To oczywiście pewne uproszczenie – jest mnóstwo niuansów, którymi nie chcę Was teraz zanudzać. Ważny będzie jeszcze jeden szczegół: ja nie zajmuję się pojedynczymi, zamkniętymi aplikacjami, tylko przede wszystkim całymi systemami, które mają mnóstwo zależności wewnętrznych. I w taki system wkładamy nowy element układanki, który musi być dopasowany do całej reszty.
Co to wszystko oznacza w praktyce? Czasem sobie myślę, że wykonuję najbardziej humanistyczny zawód w IT – nie koduję, nie przeprowadzam konfiguracji sprzętu, za to prowadzę mnóstwo rozmów, ganiam dziesiątki ludzi o terminy, wypytuję o postęp prac, ustalam osoby odpowiedzialne za x, y, z, potem zgrywam je ze sobą, I tłumaczę, tłumaczę, tłumaczę… po sto razy to samo, bo o dziwo, jest całkiem sporo osób, które poza swoim małym informatycznym puzzelkiem świata nie widzą. I widzieć nie chcą. To potwornie frustrujące, bo w moim świecie minimum przyzwoitości nakazuje przynajmniej ogólnie orientować się w tym, co mnie otacza, I jakie jest moje miejsce w tym wszystkim. Zwyczajnie po to, żeby nie wyjść na idiotę. Ale są ludzie, którzy nie mają takich skrupułów.

Cały ten przydługi wstęp był po to, żeby wyjaśnić Wam teraz, że przez ostatnie półtora miesiąca miałem na głowie 2 release’y, o różnym stopniu skomplikowania, I niestety, niekompetencji ze strony współpracowników. Wszystko przełożyło się na rosnący stress, niekończące się spotkania na Teamsach, które nie prowadziły do niczego, frustrację innych wyładowywaną na mnie, a przede wszystkim długie godziny spędzane przed komputerem. W efekcie zacząłem na widok tego sprzętu reagować prawie alergicznie, a gdy jeszcze pomyslałem, że po 8 godzinach codziennego ślepienia się w monitor miałem spędzić kolejne kilka godzin na tym samym, tylko że w domu, mój organizm powiedział: dosyć. I moja aktywność blogowo-fediwersowa oberwała rykoszetem.

Sytuacja rodzinna również nie pomagała. Okazało się, że kłopoty zdrowotne mojej żony, ciągnące się od jakiegoś czasu, będą prowadziły do kolejnej operacji. Córka tak samo, tylko że trafi na stół operacyjny po raz pierwszy w życiu. W związku z tym zapanowała ciężka atmosfera, I samemu będąc w takim sobie stanie psychicznym, musiałem pocieszać moja małżonkę (córkę w mniejszym zakresie), że wszystko będzie w porządku i operacja nie skończy się jej zejściem śmiertelnym, bo to całkiem rutynowy zabieg.
Żeby nie ochujeć do końca, uciekłem w robienie rzeczy. Mam do siebie trochę pretensji za to, ile ogółem wydałem przez ostatnie miesiące na swoje hobby, ale przynajmniej czegoś się nauczyłem I wiem, czego chcę, co jest warte posiadania, a co nie. Poza tym, co najważniejsze, przeszedłem od kupowania do działania. W następnych wpisach spodziewajcie się:

  • Opisu dłubania przy starych bateriach I ignorowania ostrzeżeń na opakowaniu
  • Tournee po kilku nowych mieszkańcach gruzolandii (coś wyleciało, coś wleciało)
  • Opisu net monitora, czyli bajeru niepotrzebnego statystycznemu użytkownikowi do niczego, (ale i tak każdy chciał go mieć)
  • (Być może) raportu z flashowania Nokii, czyli pierwowzoru customowych ROMów w telefonach
  • Wreszcie czegoś więcej o motocyklach, bo same telefony to tak trochę nudno ;)

Do przeczytania!

Friday, May 1, 2026

Krecik, ty chory pojebie - albo co nowego u Alcateli

Tak, tak - Alcateli w liczbie mnogiej, bo dotarły kolejne dwa (z czego od razu wiedziałem, że jeden będzie na części).
Ta sama wersja, czyli One Touch Max db. Sprzedawane na Vinted przez użytkownika ze Słowacji - co pozwala mi sugerować, że nasi południowi sąsiedzi mieli je kiedyś na rynku w sporych ilościach. Stan niemal idealny, tylko inna wersja kolorystyczna. Porobiłem parę podmianek wizualnych, i Satan ma teraz towarzysza.

20260501_000920.jpg

A jeśli jesteście ciekawi, jak taki Alcatel wygląda od środka, oto on.

20260501_001148.jpg

Dwie płytki - jedna z najważniejszymi układami, i druga, oddzielna, do wyświetlacza. Dziwi mnie ten gigantyczny kondensator - 2200 mikrofaradów w urządzeniu typu telefon rzuca się w oczy. Jakiś układ musi być prądożerny albo wymagać sporego “kopa” do uruchomienia… druga opcja to podtrzymanie ustawień CMOS (w prostszych słowach, to tak jak bateria w BIOSie komputera, tylko tutaj trzyma kilkadziesiąt sekund, np. na czas wymiany karty SIM).
Wszystkim steruje procesor Texas Instruments. Alcatel był gigantem w Europie, ale jednak to nie Motorola i własnych procesorów nie produkował.
Wszystko elegancko zapakowane w plastikowe, metalizowane osłony antyradiacyjne. Dziś już tak nie robią ;)

Poświęcę jeszcze słowo temu, jak ten telefon się obsługuje. Wyświetlacz jest… no cóż… ubogi, daje tylko 2 linie gołego tekstu bez grafiki, po 12 znaków. To był rok 2000 i Nokia miała już modele z graficznymi wyświetlaczami LCD. Ale mimo wszystko magicy z Alcatela upchnęli tu zadziwiająco dużą liczbę przydatnych opcji, całkiem nieoczywistych. To chyba najstarszy znany mi przypadek, kiedy zróżnicowano funkcje klawiszy menu między krótkim a długim przytrzymaniem. Alcatel ma system pomocy - wyświetla krótki opis każdej funkcji menu po przytrzymaniu gwiazdki. Jeśli chcemy dzwonić za granicę, a nie znamy kodu kraju, po wpisaniu plusa możemy się dostać do listy krajów po nazwie po prostu wciskając górę i dół. Ano właśnie, gdzie jest ta “góra” i “dół”? Z boku obudowy, tam gdzie spodziewalibyśmy się przycisków głośności - zresztą również i tę funkcję mają podczas połączenia. To słaby punkt tego telefonu - przyciski chodzą ciężko i umieszczone są tak, że trzeba je obsługiwać lewą ręką. Na szczęście przewijanie jest zduplikowane przez klawisze 2 i 8 (co ciekawe, o tym instrukcja milczy; odkryłem to przypadkiem).
Ciekawie jest rozwiązana blokada klawiszy. Włączamy ją dość standardowo - przez długie przyciśnięcie krzyżyka, natomiast ciekawsze jest wyłączenie - trzeba po kolei wcisnąć 1-5-9. To cecha charakterystyczna Alcatela, i całkiem udanie zabezpiecza przed przypadkowym odblokowaniem.
I inna ciekawostka - pisałem o net monitorze w Nokii. Alcatel ma to wbudowane i uruchamia się to specjalnym kodem. Nerdoza alert (taak, to nieśmiertelne forum Elektroda) - link tutaj:https://www.elektrod … rum/topic992781.html

Na koniec o iskierce nadziei dla zdjęcia simlocka. Okazało się, że istnieje serwis online, który za 11 euro generuje kod odblokowania na podstawie IMEI telefonu oraz specjalnego kodu produktu z naklejki pod baterią (francuskie bagiety się ekstra zabezpieczały… zwykle wystarczył sam IMEI). 50 zł… drogo czy tanio? Scam czy nie scam? Czy chce mi się ryzykować? Będę miał o czym myśleć przez majowy długi weekend.
Zapodam i tego linka, może komuś się przyda: https://sim-unlock.n … _for_Alcatel_phones/

Co napisawszy, życzę wszystkim miłego wypoczynku i ładnej pogody.
A co do tytułu…

IMG_3196.jpg

Admin

O mnie

Władimir Reanimator, trepanator, egzorcysta i nekromanta starej elektroniki. Mam niezdrowy pociąg do rzeczy, które błagają, by oddać je na elektrozłom - ja jednak wyduszam z nich ostatnie iskry życia. Uważam, że prawo do naprawy powinno obejmować wszystkich, łącznie z politykami; najchętniej kombinerkami, lutownicą i drutem w czaszce.

Pełny opis

Kontakt

Dwa razy o rynnę i raz o szybę.
Mail: magkakofag [ @ ] tutamail.com
Mastodon 1: Nusquam tuta fides
Mastodon 2: Koniec torów i buraki

Polityka prywatności

Cała treść i zamieszczone materiały, o ile nie wskazałem inaczej, pozostają moją wyłączną własnością intelektualną.
Możesz ją cytować na innych stronach, o ile pod cytatem podasz źródło, oraz zamieszczać do niej linki.
Nie możesz używać treści jako swojej własnej - nazywamy to plagiatem :)

Twórca strony nie wyraża zgody na używanie treści do trenowania modeli językowych (LLM, sztuczna inteligencja, AI).
The creator does not give consent to using the contents of this page for training of language models (LLM, artificial intelligence, AI).

Subscribe