Najogólniej mówiąc - w domu i w pracy. Ale ten na pozór zwykły stan był najeżony mnóstwem okoliczności, które sprawiły, że przez półtora miesiąca wyłączyłem się z jakiejkolwiek działalnosci internetowej, bo dostałem ataku technologicznego wstrętu. Naprawdę, samo spojrzenie na laptop, komputer czy smartfon powodowało u mnie mdłości. Aby nie stracić kontaktu ze światem, wróciłem do używania starych komórek z wczesnych lat 2000. (a wiec był to pierwszy moment, kiedy moja pasja sie na coś przydała). Dlaczego tak się stało?
Na początek kilka słów wyjaśnienia. Pracuję w bankowości, w bardzo rozbudowanym dziale IT dużej instytucji finansowej. Zajmuję stanowisko zwane release managerem. W przekładzie z korporacyjnego na polski oznacza to, że kiedy uruchamiamy jakąś nową funkcję, dostępną dla wielu klientów, albo całkowicie nową aplikację, ktoś najpierw musi wymyślić ideę, ktoś inny ją zaplanować, inni ludzie - zakodować do formy programu, a release manager zajmuje się ostatnim stadium w procesie narodzin. Nadzoruje integrację z innymi systemami, sprawdza, czy dopilnowane są terminy testów i warunki techniczne oraz wymagania, określone przez stronę biznesową (czyli tych, którzy będą tego “dziecka” używać), a na końcu dowodzi samym procesem przekazania aplikacji na serwer i udostępnienia jej dla klientów.
To oczywiście pewne uproszczenie – jest mnóstwo niuansów, którymi nie chcę Was teraz zanudzać. Ważny będzie jeszcze jeden szczegół: ja nie zajmuję się pojedynczymi, zamkniętymi aplikacjami, tylko przede wszystkim całymi systemami, które mają mnóstwo zależności wewnętrznych. I w taki system wkładamy nowy element układanki, który musi być dopasowany do całej reszty.
Co to wszystko oznacza w praktyce? Czasem sobie myślę, że wykonuję najbardziej humanistyczny zawód w IT – nie koduję, nie przeprowadzam konfiguracji sprzętu, za to prowadzę mnóstwo rozmów, ganiam dziesiątki ludzi o terminy, wypytuję o postęp prac, ustalam osoby odpowiedzialne za x, y, z, potem zgrywam je ze sobą, I tłumaczę, tłumaczę, tłumaczę… po sto razy to samo, bo o dziwo, jest całkiem sporo osób, które poza swoim małym informatycznym puzzelkiem świata nie widzą. I widzieć nie chcą. To potwornie frustrujące, bo w moim świecie minimum przyzwoitości nakazuje przynajmniej ogólnie orientować się w tym, co mnie otacza, I jakie jest moje miejsce w tym wszystkim. Zwyczajnie po to, żeby nie wyjść na idiotę. Ale są ludzie, którzy nie mają takich skrupułów.
Cały ten przydługi wstęp był po to, żeby wyjaśnić Wam teraz, że przez ostatnie półtora miesiąca miałem na głowie 2 release’y, o różnym stopniu skomplikowania, I niestety, niekompetencji ze strony współpracowników. Wszystko przełożyło się na rosnący stress, niekończące się spotkania na Teamsach, które nie prowadziły do niczego, frustrację innych wyładowywaną na mnie, a przede wszystkim długie godziny spędzane przed komputerem. W efekcie zacząłem na widok tego sprzętu reagować prawie alergicznie, a gdy jeszcze pomyslałem, że po 8 godzinach codziennego ślepienia się w monitor miałem spędzić kolejne kilka godzin na tym samym, tylko że w domu, mój organizm powiedział: dosyć. I moja aktywność blogowo-fediwersowa oberwała rykoszetem.
Sytuacja rodzinna również nie pomagała. Okazało się, że kłopoty zdrowotne mojej żony, ciągnące się od jakiegoś czasu, będą prowadziły do kolejnej operacji. Córka tak samo, tylko że trafi na stół operacyjny po raz pierwszy w życiu. W związku z tym zapanowała ciężka atmosfera, I samemu będąc w takim sobie stanie psychicznym, musiałem pocieszać moja małżonkę (córkę w mniejszym zakresie), że wszystko będzie w porządku i operacja nie skończy się jej zejściem śmiertelnym, bo to całkiem rutynowy zabieg.
Żeby nie ochujeć do końca, uciekłem w robienie rzeczy. Mam do siebie trochę pretensji za to, ile ogółem wydałem przez ostatnie miesiące na swoje hobby, ale przynajmniej czegoś się nauczyłem I wiem, czego chcę, co jest warte posiadania, a co nie. Poza tym, co najważniejsze, przeszedłem od kupowania do działania. W następnych wpisach spodziewajcie się:
- Opisu dłubania przy starych bateriach I ignorowania ostrzeżeń na opakowaniu
- Tournee po kilku nowych mieszkańcach gruzolandii (coś wyleciało, coś wleciało)
- Opisu net monitora, czyli bajeru niepotrzebnego statystycznemu użytkownikowi do niczego, (ale i tak każdy chciał go mieć)
- (Być może) raportu z flashowania Nokii, czyli pierwowzoru customowych ROMów w telefonach
- Wreszcie czegoś więcej o motocyklach, bo same telefony to tak trochę nudno ;)
Do przeczytania!























