(Tekst ukazał się pierwotnie na moim koncie na Mastodonie; to jest zredagowana i rozszerzona wersja)
Naszła mnie refleksja o tym, jak doświadczenia życiowe ukształtowały mój stosunek do technologii, i jak różne moze być podejście człowieka w zależności od tego, na czym się wychował.
Moja przygoda z komputerami zaczęła się w czasie, gdy 99% oprogramowania w Polsce było pirackie. Windowsa instalowało się ze skopiowanego CD, a Microsoft nie miał nawet polskiej filii. Wszyscy, od których się uczyłem, powtarzali - Windows to gówno, doinstaluj X,Y,Z i zmień X,Y,Z. Jedną z pierwszych rzeczy, których się nauczyłem, były zmiany w rejestrze.
Wtedy jeszcze nie miałem internetu. Kiedy się do niego dobiłem, każdy wiedział - Internet Explorer służy do ściągnięcia Firefoxa albo Opery i niewłączania nigdy więcej. W sumie było mi wszystko jedno, bo wtedy miałem już Linuxa. A droga do niego nie była usłana różami - kiedy padł mi dysk z windą, kolega z pokoju w akademiku namówił mnie na przejście na LInuxa właśnie. Jakiego? Gentoo… na współdzielonym połączeniu modemowym. To był taki obóz przetrwania, że sam się dziwię, że tego nie rzuciłem w cholerę. Ale jakaś niezdrowa ciekawość kazała mi przechodzić kolejne ręczne kompilacje kernela, emerge trwające po 8 godzin i make install’e wywalające się po kilkanaście razy.
Właściwie dlaczego się na to zdecydowałem? Zdobycie przegranej płyty CD z Windowsem w akademiku było banalnie proste. Mogłem zapłacić parę złotych, zainstalować i mieć spokój. Tylko że ja już wtedy wiedziałem, że to nie będzie “spokój”. Wkurzały mnie przywieszki komputera bez powodu, “nieokreślone błędy” czy konieczność resetowania co jakiś czas ot tak, dla zasady. Linux mówił do mnie, co robi, co się z nim dzieje, i jaki dokładnie błąd z jaką częścią jego bebechów się właśnie wydarzył. A że dałem się dla towarzystwa namówić na chyba najmniej przyjazną użytkownikowi dystrybucję? Każdy popełnia błędy. Za to dzięki temu poznałem mnóstwo ludzi, bo kiedy nie było można zapytać na forum internetowym, co się dzieje, to latałem od pokoju do pokoju i wyciągałem wiedzę od kolegów z bardziej technicznych kierunków.
Możecie się zastanawiać, po co te kombatanckie wspomnienia. Mówię o tym, bo z takim doświadczeniem nauczyłem się podejścia “jeśli coś ci nie pasuje, dowiedz się, jak to zmienić i zmień to”. Tak potem trafiłem w magiczny świat modyfikacji Androida i niestandardowych ROMów do smartfonów. Zacząłem więcej czytać technicznych tekstów i uwierzyłem, że mimo braku formalnego wykształcenia coś potrafię. Odziedziczona po początkowych latach przygód komputerowych nieufność do korporacji, podsycana graniem w Cyberpunka 2020 (taki papierowy RPG) też pozostała, do tego jeszcze wrócimy.
I tak trafiamy w czasy obecne. Przeżyłem, jak wszyscy, rozkwit i zgównowacenie sieci społecznościowych - ale nigdy nie dałem się namówić na Facebooka, bo od samego początku podejrzane dla mnie było, że ktoś chce ode mnie prawdziwe personalia.
Chyba za dużo już wiedziałem o hackerach, a strona, gdzie wszyscy podają jak na tacy imiona, nazwiska, adresy, telefony i zdjęcia w każdej sytuacji wydawała mi się czymś totalnie podejrzanym. Potem zaczęły do mnie docierać informacje o pierwszym, drugim, dziesiątym wycieku danych, w dalszej kolejności zaś newsy o nieuczciwych praktykach gigantów - a ludzie dalej się do nich pchali. Nie rozumiałem, dlaczego, i zdarzyło mi się też być wyalienowanym ze środowiska, bo jako jedyny nie miałem tego pieprzonego fejsbuka.
No i to jestem ja - linuksowiec samouk, którego nawet własna żona nazywa paranoikiem. Skontrastuję mój obraz ze swoją przybraną córką, która weszła w świadome życie jeszcze przed smartfonami, ale już za czasów FB, czatów i rozpowszechnionego internetu. Stroną techniczną tego, co jej stoi na biurku, nigdy się nie interesowała. Komputer z Windowsem był oczywistością jak lodówka czy telewizor, tak samo jak smartfon… i tu zacznijmy rozbiór problemu na elementy pierwsze.
Dużo rzeczy, oczywistych dla mnie, nie jest oczywistych dla niej. Ona wie, że istnieją inne przeglądarki poza Chrome, ale tylko na komputerze. Androidowe Chrome jest po prostu “internetem”, funkcją telefonu. Tak samo Gmail jest “pocztą”. Nie wiedziała, że klawiatura jest taką samą aplikacją jak każda inna i jeśli jej nie pasuje, to można ją zmienić. Zresztą od kiedy znajoma, pracująca w telekomie, sprezentowała jej swojego starego iPhone’a, zakochała się w nim bez reszty i zaczęła niekończący się hejt na Androida, przedstawiając powody realne i wymyślone, aby tylko udowodnić wyższość jabłuszka. Wspominam o tym, bo właśnie przy okazji naszych dyskusji wypłynęły powyższe fakty.
Nie tylko ona zresztą żyje w takim przekonaniu. Bardzo dużo moich znajomych narzeka na zgównowacenie droida, upychanie AI wszędzie i mulenie systemu. Wtedy Applowcy wychodzą cali na biało i zaczynają tyradę o tym, jaki iOS jest zajebisty i jak to nie zamienią go na nic innego, bo Android to kupa.
Wtedy wchodzę ja i pytam:
- czy wiesz, że możesz zmienić przeglądarkę, program pocztowy, program galerii, klawiaturę, itp? Nie musisz korzystać z domyślnego zapisu na google drive?
-eee, bee, ueee, ale jak to?
-jak chcesz to Cię nauczę
-eee, beee, ueee, to za trudne, może kiedyś
(z krzaków wyskakuje ajfonowiec)-iPhone jest lepszy!
“Póżniej” nie następuje, rzecz jasna, nigdy.
Długi czas tego nie rozumiałem. Masz gówno, narzekasz że śmierdzi, dlaczego nie chcesz nauczyć się używać wiadra i mopa? W końcu odpowiedź przyszła sama, wraz ze starym kawałkiem Dezertera “Prawo do bycia idiotą”, który przypomniał mi się - nomen omen - przy mopowaniu podłogi. Nie każdy przeszedł to, co ja. Nie każdy, patrząc na ekran komputera, widzi podział na środowisko graficzne, system plików i procesy - dla większości to są kolorowe obrazki. Nie widzi, bo nie musi. Bo nikt nigdy go tego nie nauczył w niedoinwestowanych szkolnych pracowniach informatycznych, bo ta wiedza jest w gruncie rzeczy niepotrzebna do bycia grzecznym użytkownikiem korposystemów. Bo tak podstawowa rzecz jak odpowiedzialne użytkowanie smartfona, którego dziś ma każdy, mimo kilkunastu lat ich ciągłej obecności w naszym życiu, dopiero teraz zaczyna się nieśmiało pojawiać. Teraz, kiedy głęboko po uszy tkwimy w gównie duopolu Google-Apple i internetowych algorytmów.
A ze zrozumiałych przyczyn duopolistom nie zależy na zmianie tego stanu. I chyba dlatego nawet tak prosta rzecz jak wyłączenie sugerowania słów i autokorekty jest jedną z najgłębiej ukrytych opcji współczesnego smartfona.
Grzeczny użytkownik został wytrenowany do wygody. Nie ma myśleć, że coś można inaczej. Grzecznego użytkownika nie obchodzi udział Facebooka w ludobójstwie gdzieś w Mjanmie (co to wogle za nazwa, taki kraj nie istnieje). Tak samo go nie obejdzie wykorzystywanie jego danych do reklam (bo NieMaNicDoUkrycia(tm)) ani masowe trenowanie AI na tym, co postuje w internecie.
Do grzecznego użytkownika można trafić tylko przez kieszeń. Niezbyt oddalonym przykładem jest segregacja śmieci. Do tej pory wszyscy mieli ją w 4 literach. Wystarczyło 50 gr za butelkę do zwrotu i zobaczcie, co się dzieje - staliśmy się technikami recyklingu. Ale tylko tego, za który nam płacą.
Powstaje więc pytanie - co tacy walnięci technicznie autsajderzy jak my mogą zrobić, żeby pokazać, że można inaczej? Mamy odpuścić wszystko i zamknąć się w złotej wieży poczucia wyższości i “wiem lepiej”? Niekoniecznie. Jedna odpowiedź nasuwa się sama - promować wiedzę dla tych, którzy jej chcą. Nawet, jeśli stosunek użytkowników grzecznych do niepokornych jest jak 10 tysięcy do 1. I niestety, porzucić myśl o hurtowym zbawieniu świata. Dziś jeden Dawid nie pokona Goliata, Goliat musi zawalić się pod własnym ciężarem. Ale jeśli Dawidów będzie wystarczająco dużo (nie muszą ich wcale być miliony!), zdążą wykopać Goliatowi pod stopą dołek na tyle głęboki, żeby ten się potknął i wywalił.
CZĘŚĆ 2:
Po opublikowaniu tego tekstu ukazało się kilka komentarzy, do których chciałem nawiązać.
Sporo z nas siedzi po jednej stronie barykady, którą sami uznaliśmy za słuszną. Nie bez racji pytamy: po co korporacji moje personalia, zdjęcie dowodu, zdjęcie ryjca? I zazwyczaj - w imię czego i dlaczego lub dla kogo? Dla śmiesznych kotków i komunikatora? Dla ludzi, którym nie zależy na kontakcie ze mną na tyle, by zainstalować dodatkowy komunikator? Wiemy, że brak higieny danych to tykająca bomba, która prędzej czy później się zemści. Wszelkie deplatformowamia, włamy, czy bezużyteczny dział wsparcia technicznego to realne konsekwencje polegania na korporacjach.
Tylko że… no właśnie. To jest nasze doświadczenie, ludzi którzy nauczyli się nie ufać Wielkim - niech to będzie opresyjne państwo lub żądna kasy korporacja, wszystko jedno. Jakiś element naszych doświadczeń czy wychowania postawił nas w opozycji. Dorastanie w gnijącym od środka PRL, patrzenie na prymitywny, żarłoczny kapitalizm lat 90., na którym bogacili się prości, cwani i chciwi (a my nie, bo mieliśmy skrupuły moralne), czy w końcu wyssana z kontrkultury wizja bezlitosnych korporacyjnych molochów. Ale nie wszyscy podzielają nasz punkt widzenia.
Kiedy mówiłem swoim bliskim o nadużywaniu danych przez bigtechy, większość zadziwiająco łatwo wzruszała ramionami. Odpowiedzi, które się pojawiały, można było podzielić na 2 grupy:
- fatalizm “i tak wszystko o mnie wiedzą, nie mamy szans, więc po co się opierać”, często podszyty jakąś dziwną, cyberpunkowo-Orwellowską samospełniającą się przepowiednią… zupełnie jakby utwory Orwella i Gibsona, które czytaliśmy, były proroctwem, nie ostrzeżeniem.
- akceptacja “to jest cena za darmowość usług”. Do tego się teraz odniosę.
Dla większości dane personalne i ich kradzież nadal są pojęciem science fiction, dopóki sami nie padną tego ofiarą. Ciężko sobie wyobrazić fakt kradzieży rzeczy niematerialnej. I absolutnie nie każdy ma feeda pełnego informacji z Zaufanej Trzeciej Strony czy Sekuraka. Z naszej bańki nie widzimy, jak mało tej wiedzy przenika poza środowisko specjalistów.
Mało kto wie, jakie męki przeszedłem, żeby odzwyczaić żonę i córkę od autozapamiętywania hasła na stronie banku. Tylko mój śp. królik był tego świadkiem, a i tak udało się tylko z żoną. Córka uparcie odmawia do dziś, tak samo jak odmawia używania czegoś innego niż usługi Google. Jest w drugiej grupie rękami, nogami i głową. Liczy się wygoda i integracja. Nie będzie się uczyła czegoś nowego, bo to niewygodne. Tu ma wszystko w jednym miejscu i tak chce żyć. Są ludzie, którzy nie lubią nowości i tacy są idealnymi klientami dla zamkniętych ekosystemów.
Co mam zrobić, dorosła jest. Nie zabronię jej.
Tylko jako człowieka z natury ciekawego, a także byłego nauczyciela, boli mnie, gdy widzę, że ktoś uczyć się nie chce. Tym bardziej na własnych błędach.
Natomiast nie wyczerpuje to jeszcze tematu. Bardzo ciekawie odniosła się do moich słów fediwersowiczka, wspominająca, jak wyglądało życie od tej “drugiej” strony, widziane z punktu osoby dorastającej już w czasach spokoju gospodarczego, upowszechnienia rozwiązań informatycznych i powszechnego dostępu do internetu. Poza kwestiami, które nie zmieniły się absolutnie od moich początków w świecie informatyki - absolutną dominacją produktów Microsoftu na rynku, brakiem alternatyw, całkowitą ignorancją ze strony władz - warto zwrócić uwagę na dwa problemy, które pozwolę sobie zacytować.
“(…)nie mogłam znieść ograniczeń jakie narosły z bombardowania wielością i znoszeniem samodzielności sterowania, dlatego nie ufałam rozwojowi wykraczającemu poza podstawową, postrzeganą subiektywnie użyteczność: komunikacja z ludźmi oddalonymi ode mnie i pozyskiwanie informacji.”
Prawda w oczy kole i w łeb wali. Ludzie chcą, żeby coś działało. To, co jest w przenośni “pod maską” nie każdego interesuje. Warto się cofnąć do przypomnienia sobie podstaw i wielkich idei - wszak celem postępu miało być ułatwienie ludziom życia i udostępnienie zdobyczy technologii każdemu. A skoro udostępniamy, to znaczy, że mają być łatwe w obsłudze i zrozumiałe dla każdego. Przełóżmy na chwilę nasze rozważania technologiczne na świat motoryzacji: oto my jesteśmy grupą mechaników, wiedzącą wszystko o detalach tego, co kryje się pod nadwoziem każdego samochodu, co wprawia go w ruch, i jak rozpoznać objawy awarii. Czy mamy prawo oczekiwać od każdego, że również będzie mechanikiem? Poza oczywistą konstatacją, że zabrałoby to nam środki do życia, sądzę, że prawie nikt nie odpowiedziałby “tak”. A skoro nie każdy musi być mechanikiem, to nie każdy musi być superużytkownikiem, czyż nie?
Powiecie: moment, przecież nie o to chodzi. Nie chcemy tworzyć społeczeństwa koderów i administratorów systemów. A bycie użytkownikiem jest w porządku, o ile opiera się to na uczciwej umowie między nim a dostawcą. I tutaj drugi cytat:
“podejrzewam, że dla wielu moich rówieśników, wyjście z bezosobowego internetu do internetu sygnowanego imieniem i nazwiskiem było ulgą. Wreszcie nie trzeba było kombinować, wkładać wysiłku w kreowanie czegoś, co jest tylko wycinkiem istnienia. Nie trzeba było cenzurować, selekcjonować tego, co się w internecie pokazuje - można było być sobą, a to dawało szansę na autentyczność, a więc i zniesienie osamotnienia. Dzisiaj, po ponad 20 latach, wiemy, że tak się nie stało”.
Moi drodzy koledzy, koleżanki i osoby paranoiczne, dacie wiarę? Ja długo nie mogłem - całe życie w przekonaniu, że przywiązanie kogoś do prawdziwych danych, widocznych dla wszystkich, jest jednym z największych gwałtów, jaki można komuś uczynić… i dopiero po przeczytaniu tych kilku zdań coś mnie trzepnęło w głowę. Kto tu jest w gruncie rzeczy nienormalny, my czy oni? Co złego jest w pragnieniu pokazania się jako cała, nieocenzurowana osoba i niewstydzeniu się własnego imienia i nazwiska? Czy cały ten czas nie nazywaliśmy “cyfrowym ekshibicjonizmem” właśnie dążenia do realizacji podstawowego pragnienia człowieka - pragnienia bycia sobą?
Wisi jednak nad tym spory cień: pragnienie ekspresji siebie i oddanie wszystkiego, co nas definiuje, w przestrzeń dysków usługodawcy zakłada dorozumienie jego dobrych intencji. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakładałby kont na socjalkach, gdyby wiedział, że od samego początku serwis będzie źle moderowany, oprogramowanie dziurawe, a koniec końców w pogoni za absolutną kasą jego twórca i rada nadzorcza zawrą związek małżeński z wszelkim syfem ludzkości en masse, od neonazistów poprzez ruskie farmy botów aż po religijnych fanatyków, rozmontowujących system państwowy USA. A jednak tak się stało, bo nikt nie wiedział, że bierze udział w jednym z największych szwindli w historii ludzkości.
Czepiam się tu Facebooka, jeśli ktoś się nie zorientował, ale mechanizm w gruncie rzeczy jest ten sam w każdym miejscu: usługodawca ukrywa się za długim i skomplikowanym regulaminem, najeżonym zrozumiałymi tylko dla specjalistów terminami prawniczymi. Wie, że nikt go nie przeczyta. Swoją drogą, taką formę regulaminu do pewnego stopnia wymusza samo prawodawstwo - próby uczynienia języka prawniczego czytelnym zostały podjęte dopiero niedawno i to zaledwie w kilku krajach. W regulaminie wprawdzie nie znajdzie się klauzula oddania firmie lewej ręki i prawej nerki przez użytkownika w razie naruszenia postanowień, ale coś mniej materialnego już tak. Potem idziemy metodą małych kroczków, nowe regulacje zakładają więcej i więcej - płatne członkostwo, więcej reklam, karmienie AI danymi i zbieranie każdej mozliwej formy danych. Zgównowacenie. Nowe, znamy. Ale czy na pewno “my”? Znają ci, którzy od dawna stali po tej drugiej stronie barykady, którzy stali w wiecznej kontrze, którzy dostali łatkę paranoików, bo ostrzegali, kiedy nikt nie chciał słuchać.
Może zresztą ostrzegaliśmy źle - za gwałtownie, za ostro. Kiedy wszystko wydaje się w porządku od góry a struktura błyszczy, krzyczenie, że dołem wylewa się gówno, a administrator podsypuje karaluchy do wentylacji, żeby potem zgolić za usługi dezynsekcyjne, nikogo nie wzruszy. Karaluchy? Może u kogoś, ale u mnie nie. Zresztą jak zapłacę za psikanie, to do mnie nie przyjdą.
Problem musi przekroczyć masę krytyczną, żeby ogół zaczął zauważać, że jest źle. Ale nawet w tym długim okresie między pierwszymi sygnałami zepsucia a trzeszczeniem w posadach przegniłych fundamentów nie wolno przestawać mówić, jak jest. Bo inaczej wszyscy zaczniemy hodować karaluchy jako zwierzątka domowe.