Myślałby kto, że skoro już mam swojego wymarzonego bloga, włożyłem cały trud w self-hosting i mam co na nim publikować, to będę odrobinę bardziej regularny. A gówno prawda… Wciąż wynajduję sobie jakieś powody, żeby regularnym nie być - a to żar się z nieba leje, a to akurat wpadnie coś na warsztat i MUSZĘ się tym zająć, a to po prostu mi się nie chce - i efektem są takie lawiny tekstu jak ta.
Nie obiecuję, że się poprawię. Może po prostu nie mam systematyczności we krwi; odkąd pamiętam, pracowałem zrywami, opieprzając się, gdy do założonego deadline’u było jeszcze daleko, i zarywając nocki, gdy niebezpiecznie się zbliżał. Tu na szczęście nie gonią mnie terminy, więc bez dalszych gorzkich żalów rozpocznijmy opowieść o tym, co zmieniło się w świecie nekrotechniki.
1) Remont sprężareczki Stanisławy
Stara wersja kompresora, o której wspominałem na samym początku bloga, nie podobała mi się - była źle pomyślana, za wysoka i złożona na odwal się w kilku miejscach (a raczej złożona z pomocą tego, co wtedy miałem). Czas mijał, ale ja oczywiście nie ruszyłem się, żeby poprawić błędy. Działa to działa, na co drążyć temat. Przyszedł jednak ten moment, gdy uszczelnienia zaczęły przepuszczać powietrze, a wężyk odstrzelił z hukiem od pistoletu.
Mamy więc teraz Stanisławę wersja 2 - niższą, bardziej ergonomiczną, bez rurek odstających na lewo i prawo, przez co mniej zahacza o meble, pod którymi ją trzymam. Wyeliminowałem też niepotrzebny reduktor ciśnienia, bo plany malowania modeli porzuciłem na dobre. Gdyby jednak to “na dobre” mi się odwidziało, to zostawiłem miejsce na przykręcenie bloku reduktora, póki co robiące za awaryjny spust powietrza ze zbiornika.
2) Instalacja woltomierza w motocyklu
W tak zwanym międzyczasie stałem się również posiadaczem kolejnego motocykla. Od razu zachciało mi się robić jakieś modyfikacje. Woltomierz był sensownym kompromisem między chęciami a możliwościami, gdyż nie wymaga wiele dłubania. A jednak mój perfekcjonizm sprawił, że całość kosztowała mnie ponad miesiąc pracy…
Pierwszym krokiem było znalezienie odpowiedniego miernika. Na dziś 99% woltomierzy, dedykowanych do motocykli, to mierniki z wyświetlaczem elektronicznym, a to mi się absolutnie nie podobało. Zaczęło się kopanie bez końca po portalach aukcyjnych, kilka chybionych zakupów - w końcu zdecydowałem się na woltomierz z ciągnika (!). Chromowaną obudowę trafiłem gdzieś przypadkiem po drodze, za parę złotych. Oryginalnie zawierała dość tandetny chiński prędkościomierz. Na szczęście jedno w miarę pasowało do drugiego, udało się też dorobić podświetlenie na LED, bo oryginalna żarówka nie zmieściłaby się w obudowie. Do tego również okazyjnie trafione mocowanie, oryginalnie zaplanowane pod jakąś kamerkę - ale pasowało. Kiedy zakończyłem wszystkie poszukiwania, zakupy i spasowałem całość w jedno, przyszedł czas na montaż…
Niby nic - cztery kabelki, sam woltomierz i przekaźnik, żeby pomiar nie żarł akumulatora 24 h na dobę, a załączał się dopiero po przekręceniu kluczyka w stacyjce. Tylko kiedy zabrałem się za robotę, na światło dzienne wyszedł stan instalacji elektrycznej w moim 26-letnim rumaku. Dwa dni spędziłem na ciągnięciu kabli, odrdzewianiu styków i zastanawianiu się, jak wpiąć się w instalację, która rozpada się od patrzenia. Po kilku podmiankach tu i tam całość jednak była gotowa. I działa całkiem dobrze. Zimową przerwę w jeżdżeniu jednak wykorzystam na konserwację najbardziej zużytych kawałków wiązki elektrycznej.
3)Stare telefony komórkowe
Tu zaszło najwięcej zmian. Część kolekcji odsprzedałem, doszło sporo nowości, i ogólnie zastanawiam się, dokąd dalej mam podążać. Nie mam miejsca, żeby gromadzić setki aparatów dla samego zbierania, wydałem już zresztą na to zbyt dużo pieniędzy. Pierwotny cel, jakim było zgromadzenie sprawnych telefonów komórkowych z okresu wczesnych lat 2000., które mi się podobały i które chciałem mieć, właściwie już osiągnąłem. Cel wtórny, czyli sprawdzenie, jakie komórki mogą się przydać w razie kryzysu, osiągnąłem bardzo szybko, bo okazało się, że w roku 2026 na rynku wtórno-kolekcjonersko-złomiarskim są jedynie 2 modele, które nadają się do zasilania bateriami R6/AAA. Na dłuższą metę więc nie tędy droga i należy się raczej zaopatrzyć w solidny powerbank, zasilany np.bateriami słonecznymi, oraz szukać takich modeli telefonów, które są jak najmniej prądożerne. Ale to temat na kiedy indziej.
Przejdźmy więc do listy obecności.
Te, które zostały:
- Nokia 6150, z odnowioną baterią. Odnawianie baterii, czy dokładniej montaż nowych ogniw w stare skorupki, będzie chyba tematem jednego z najbliższych wpisów. Również budowa kabla do ściągnięcia zawartości ROMu, edycji zawartości i wgrania z powrotem (czyli mojej kopii tzw. kabla Dejana), idzie małymi kroczkami. Myślałby kto, że wrzucić 1 układ scalony, 2 oporniki, 2 diody i kondensator na płytkę i polutować to nic wielkiego. Jednak trzeba to zrobić tak, żeby się nie rozleciało, i podorabiać kable od zera. Ja skanibalizowałem stary przewód od monitora na użytek podłączenia do komputera. Nabyłem do tego przemysłową kartę rozszerzeń, dającą mi fizyczny port COM i LPT, bo chociaż moja płyta główna jakimś cudem posiada port COM, to o złączu równoległym nikt już od dawna nie słyszał… Pozostało mi jeszcze dorobić część idącą do telefonu.
- Motorola 2288, bez żadnych zmian. Jest to tak nudny telefon, że nic nie da się z nim zrobić.
- Alcatele One Touch Max db. Z jednego zrobiły się 3, z czego 2 sprawne, a trzeci jako dawca części. Jak na razie, wszelkie próby zdjęcia czeskiego simlocka spełzły na niczym. Przeszedłem przez wszystko - odnalazłem prastary software nie do znalezienia, znalazłem miejsce sprzedające kable nie do znalezienia. Te okazały się chińskim gównem, polutowanym na ślinę i gumę do żucia, gdzie źle dobrane komponenty stopiły obudowę całego wynalazku od nadmiernego rozgrzewania się. Cóż, przede mną zdecydowanie, który z dwóch przeczących sobie nawzajem schematów, znalezionych w internecie, jest tym właściwym - i złożenie całości tak, jak (chyba) powinna wyglądać. Na szczęście z chińskiego szajsu da się zrecyklingować przynajmniej wtyczki, a więc najtrudniej dostępną część. Wszystkie elementy elektroniczne już leżą w mojej szufladzie, bo zaopatrzyłem się na wszelki wypadek.
Na zdjęciach drugi z czeskich satanów wraz z widokiem pornograficznym (tj. rozebranym na części pierwsze).
- Nokia 5210, z nową obudową. Cuda się jednak zdarzają. Udało się kupić zamiennik obudowy, nawet niezłej jakości, i telefon od razu wygląda inaczej.
- Emporia V170, bez zmian. Nie bardzo wiem, co z nią zrobić, bo jest potencjalnie użuteczna i całkiem ładna, ale i do bólu nudna. Na razie leży i zabiera miejsce na półce.
Nowi lokatorzy:
- Nokia 6210. Zakup trochę przez przypadek, ale wyłączywszy nieco opornie działające klawisze, jest zachowana w dobrym stanie i może spokojnie robić za zmiennika starszej 6150-ki.
- Nokia 6310i. Legendarny model, poszukiwany wśród kolekcjonerów, więc kiedy pojawiła się na moim radarze w tzw. dobrej cenie, kupiłem bez zastanowienia, nie przejmując się trochę zmolestowaną obudową. Niestety, przeliczyłem się. Telefonik jest również zmęczony od środka, bo od wieloletniego używania przestają mu stykać rozmaite połączenia na płycie głównej. Także gdy bierze się go do kieszeni, należy liczyć się z tym, że w ciągu kilku minut się wyłączy. Poza tym nie lubi kart T-Mobile (inne jeszcze akceptuje). Ale jak długo leży sobie spokojnie w domu i bierze się go ostrożnie do ręki, tak długo jest sprawny. Nie powiem, liczyłem na więcej, więc jestem trochę rozczarowany - ale zdaje się, że muszę zaakceptować to, co mam.
- Siemens S45 i ME45. Dwa telefony, różniące się tylko obudową (ME45 był wodoodporną i wstrząsoodporną wersją S-ki; w praktyce oznaczało to, że opakowali go w więcej gumy :) ).
Tu dla odmiany żadnych problemów nie miałem, po renowacji baterii oba zadziałały jak należy i grzecznie poddały się aktualizacji oprogramowania do bardziej “premium”, czyli S45i. W roku 2026 nie ma to żadnego znaczenia, bo zauważalne zmiany to klient e-mail (i tak już niedziałający ze współczesnymi protokołami) oraz jedna nowa gra. A, no i oczywiście mityczny monitor sieci, pozwalający na przeglądanie parametrów stacji nadawczych (niepotrzebny po nic nikomu, ale szpan jest… No dobrze, jedna przydatna rzecz to szczegółowy wgląd w stan baterii). Przy okazji - Nokie też mają go wgranego, bo dlaczego nie.
- Ericsson R310s, pamiętacie? Wielki, naprawdę pancerny telefon z równie wielką anteną, nazywaną przez producenta “płetwą rekina”. O ile Siemens miał po prostu kilka płatków gumy więcej, tak Ericssonem naprawdę mozna było rzucać i topić go w wodzie bez większej szkody. NAwet zajechane egzemplarze, wygladające jak przepuszczone przez kombajn, osiagają dziś chore ceny. Kiedy zatem zobaczyłem ten, prawie nietknięty przez czas i brutalnych użytkowników (bo te telefony przede wszystkim tyrały na robocie u leśników i budowlańców, gdzie nikt się z nimi nie pieścił), w dodatku za rozsądną… czytaj: sporą, ale nie absurdalną cenę, nie patrzyłem na stan konta. Nawet uszkodzone podświetlenie mi nie przeszkadzało, bo przecież może dać się naprawić.
Niestety, rzeczywistość powiedziała: sprawdzam. Telefon łapie zasięg na parę sekund, po czym nie chce sie logować do sieci - mimo, że poprzedni właściciel zapewniał, że wszystko jest w porządku.
Te telefony są dotknięte wredną wadą projektową. Na skutek użycia za mocnego nadajnika, przez pozostałe układy przepuszczany jest za mocny prąd, co z biegiem czasu powoduje ich degenerowanie się. Na początku objawia się to właśnie gubieniem zasięgu, a potem prowadzi do całkowitego uszkodzenia telefonu tak, że nie da się go nawet włączyć. I jest to nienaprawialne. Ileś lat temu wymagałoby to wymiany układu nadajnika w autoryzowanym serwisie i ponownej kalibracji telefonu… ale od 2001 Ericsson przestał produkować telefony, oddając tę część działalności spółce-córce Sony Ericsson, która również od ładnych kilkunastu lat nie istnieje. Także dupa zbita.
Jest jeszcze druga możliwość - z tego, co sprawdziłem, opisywana wcześniej wada, znana jako “no-network bug” objawia się minimalnie inaczej. Poza tym ten egzemplarz, kiedy kazać mu wyszukać dostępne sieci ręcznie, znajduje je błyskawicznie, ale nie chce się logować. Mam podejrzenia, że zwyczajnie nie chce współpracować ze współczesnymi kartami SIM, które mają już włączoną obsługę 5G i mogą różnić się konstrukcyjnie od tych sprzed kilku lub kilkunastu lat.
Cokolwiek by nie było przyczyną, zostałem z nie do końca działającym telefonem, za który zapłaciłem najwięcej ze wszystkich swoich eksponatów. I biję się z myślami: sprzedawać czy nie? Z jednej strony jest to rzadki model i w bardzo dobrym stanie, z drugiej - od początku robiłem założenie, że zbieram tylko egzemplarze sprawne, z których da się co najmniej zadzwonić lub wysłać SMS-a.
A może macie jakąś starą, działającą jeszcze kartę SIM z dawnych lat (obstawiam, że tak do 2010 r.), za której pomocą mógłbym zweryfikować, czy Ericssona czeka już tylko kaplica św. Trytytki, czy jednak jeszcze pociągnie - i jesteście w stanie mi ją pożyczyć? Dawajcie znać.
- Ericsson A2628s. Nie do końca coś, co “chciałem” mieć w swoim czasie, ale znalazłem go jeszcze zanim trafiłem na wspomniany wcześniej R310s, a chciałem mieć w kolekcji jakiegoś Ericssona (nie Sony Ericssona właśnie). Po wymianie baterii zadziałał od strzała - niestety jest simlockowany na jakąś sieć chyba z Chorwacji, a próby zdjęcia blokady były równie długie i oporne jak w przypadku Alcateli. W skrócie - przeszedłem przez te same etapy i tutaj również czeka mnie budowanie kabla od zera, bo jedyny sklep z częściami do tak muzealnych komórek w Polsce zaoferował mi jedynie chińską podróbkę, zbudowaną na całkiem innym układzie niż wymagany i z brakującą połową elementów. Wszystkich tych ekscytujących wieści dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy wkurzony rozebrałem kabel na czynniki pierwsze…
- Bosch GSM 909s. Bardzo mi się podobał w czasach, gdy jeszcze nie mogłem pomarzyć o telefonie (bo w czasach, gdy reptilianie jeszcze chodzili po ziemi, było tak, że telefon komórkowy mogła kupić tylko osoba pełnoletnia, okazując np. kartę płatniczą lub kredytową, a telefony na kartę weszły dopiero parę lat później). Bosch i Siemens próbowały w swoim czasie rozszerzyć ofertę z pralek, lodówek i zmywarek o telefony. Ten pierwszy się długo nie utrzymał, ale w międzyczasie zdążył jeszcze wchłonąć dział telefonów firmy AEG, razem z ich projektami. A wzornictwo mieli bardzo ładne.
Również i ten egzemplarz wymagał wymiany ogniwa w baterii, i było to najtrudniejsze zadanie spośród kilkunastu podobnych, z jakim musiałem się zmierzyć.
Niestety, po wymianie baterii w telefonie zgłupiał wskaźnik baterii i choćby była w pełni naładowana, zawsze pokazuje jedną kreskę. Są również problemy z kartą SIM - na współczesnych kartach, a mam tylko takie, nie mogę zapisać nowego numeru do książki telefonicznej (stąd też moje podejrzenie, że za niedomagania Ericssona R310s odpowiadają właśnie nowoczesne SIM-y.)
- Mitsubishi Trium Geo / Trium Aria - Geo to ten granatowy, a Aria srebrna. Jest jeszcze model Astral, schowany do dalszych napraw, i zapewne będzie przełożony do jeszcze jednej obudowy od Geo, tym razem złotej, bo pod względem technicznym te telefony są niemal identyczne. Byłem przez krótki czas posiadaczem Geo jako nastolatek i mogę powiedzieć, że nie miałem lepszego telefonu pod względem wygody obsługi i ergonomii, w mojej prywatnej ocenie nawet Nokie się przy nim chowały. Arii nie miałem, ale pamiętam rzucające się w oczy, turkusowe podświetlenie. Nie jest ani taka mała, ani taka lekka, jak zachwalali ją w starych reklamach, ale ogółem stanowi przykład nieco egzotycznego podejścia do telefonów i niebanalnego wzornictwa.
Miałem szczęście, że trafiłem ją w dobrym stanie i z polskiej dystrybucji - co wiąże się z simlockiem na Orange, ale w dobie starterów za 5 zł nie jest to żadnym problemem. Po obowiązkowej wymianie ogniwa w baterii działa bez problemów.
Geo - no, to była większa gimnastyka. Najpierw trafiłem na 2 egzemplarze z wylanymi bateriami, gdzie kwas przeżarł na wylot styki - zaczęło się dopasowywanie tego, co ocalało. Nawet z trzecim dorzuconym w prezencie Astralem ocalałych styków zostało 3 i czwarty musiałem dorabiać z blaszki, co wyszło… średnio, więc do czasu wymyślenia czegoś lepszego jedną kartę SIM mam tam zamurowaną na stałe, żeby nie nadwyrężać mojej cudownej roboty na sztukę.
Potem przełożenie niesprawnego wyświetlacza i zdjęcie simlocka (wszystkie były blokowane na francuski Itineris). Jedyny Istniejący Sklep z Resztkami Części Zamiennych tym razem nie oszukał z kablem, więc po odkopaniu muzealnego oprogramowania na chomiku udało się telefonik uruchomić, co mnie bardzo cieszy. Niestety, Francuzi pakowali do swoich telefonów okrojoną wersję firmware’u, w związku z czym nie mam w nim gier (nie, żeby były jakoś wybitne…) ani kalendarza (to już jest bardziej upierdliwe). Mam wrażenie, że wszystkie Mitsubishi działały na podobnym układzie menu i funkcjonalnościach, więc niniejsze funkcje są obecne w Arii. Jak już wymyślę sposób dorobienia styków baterii do Astrala, a zakładam że nie ma lepszego niż cierpliwe wycięcie i wygięcie pożądanego kształtu z bardzo cienkiej blaszki, razy 4, przekonamy się jak sprawa wyglada w tym trzecim modelu.
- Samsung SGH-R210: nie był mi tak naprawdę po nic potrzebny, ale okazał się cichym bohaterem mojej kolekcji. W dobrym stanie, sprzedawany za równowartość 2 butelek coli jako Sony Ericsson w kategorii “odtwarzacze MP3” (naprawdę, nie wiem, co kieruje ludźmi przy wystawianiu ogłoszeń…), po naładowaniu oryginalnej baterii metodą na zasilacz i krokodylki uruchomił się bez zająknięcia i przy normalnym użytkowaniu jest w stanie wytrzymać 3-4 dni bez ładowania. Prawie jak za czasów nowości. Musiał być mało używany, albo wrzucony do szuflady i zapomniany na lata. To wystawia też bardzo dobre świadectwo bateriom Samsunga, czas się ich praktycznie nie ima. Żaden inny telefon w mojej kolekcji nie osiągnął takiego rezultatu, a w przeważającej większości ogniwa przypominały tykające bomby chemiczne.
Na razie jest, cieszy oko niebieskim podświetleniem (bardzo podobnym do tego w Boschu) i całkiem uroczymi grafikami na wygaszaczach ekranu (np. widoczny na zdjęciu tygrys co jakiś czas rusza uchem). Tylko ładowanie nadal odbywa się przez podłączenie krokodylków do zacisków baterii, bo Samsung natłukł więcej typów ładowarek, niż Krzysztof Rutkowski mandatów drogowych - i większość z nich pasowała do jednego, góra dwóch modeli. Aktualnie czekam, aż jedyny sprzedający TĘ ODPOWIEDNIĄ do mojego modelu wróci z wakacji, i szczęście będzie kompletne.
Podsumowując: mam do skończenia trzy kable - jeden do Alcatela, drugi do Ericssona, a trzeci to Dejan do flashowania Nokii. W następnej kolejności zaś chciałbym poruszyć kwestię tego, jak się przygotować do podstawowych zabiegów pielęgnacyjnych przy telefonach, kupowanych w najróżniejszym stanie z internetu lub bazaru, czego się spodziewać po zdjęciu obudowy, oraz kilku porad na temat wymiany ogniw w bateriach (i obowiązkowe przy tym zasady BHP).
==mage==



































